W literaturze i w filmie

O Pilicy » W literaturze i w filmie

PISALI O PILICZANACH:

W FILMIE:


MECENAT

Pod koniec XV wieku nowym zjawiskiem w kulturze polskiej stał się mecenat szlachecki. Spośród małopolskich magnatów w roli tej zasłynął Piotr Kmita,który dzięki fortunie odziedziczonej po swoim stryju Piotrze i bracie Stanisławie został jednym z najbogatszych magnatów polskich. Zasłynął jako protektor poetów i uczonych wśród których były sławy renesansowego pisarstwa Klemens Janicki, Marcin Bielski i Stanisław Orzechowski. W role mecenasa wcielił się również wnuk królowej Elżbiety, Jan (2) Pilecki, wojewoda sandomierski i ruski u którego w roku 14932 zagościł Biernat z Lublina. Jan Pilecki zmarł w roku 1496 a gospodarzem na zamku w Smoleniu został jego syn, również Jan- starosta lubelski i parczewski. Informacja ta zawarta była na odkrytych w latach trzydziestych naszego wieku w Bibliotece Bernardyńskiej przy klasztorze w Kalwarii Zebrzydowkiej osobistym zapiskom uczynionym przez Biernata z Lublina około roku 1516 na marginesie antysemickiego dzieła Boenromaeusa "De Christian Religione contra Hebraeos" wydanego drukiem w październiku 1501 roku:

...Potem w r.1492 przeszedłem do pana Jana Pileckiego, wojewody ruskiego, a potem po jego śmierci zostałem u jego najmłodszego syna Jana i zostawałem tam aż po rok 1516...

Biernat z Lublina przez wiele lat,w zamian za gościnę, pełnił u Pileckich rolę skryby czyli sekretarza a być może także kapelana i lekarza

Czas ten przeszedł mi przede wszystkim na czytaniu:dostatek,wielość ksiąg,spokój w Pilicy, ,jak najmniej trosk,nieuciążliwe obowiązki kapelańskie i utrzymanie dostateczne z łaskawości patrona,Jana Pileckiego...

Prawdopodobnie do długiego pobytu skłoniła go właśnie bogata biblioteka Pileckich,którą tworzyć zaczął już Jan Granowski. Nie wiemy jakie dzieła były w niej zgromadzone. Na podstawie literackiej twórczości Biernata przypuszczać można ,że były w niej dzieła pisarzy starożytnych i współczesnych mu humanistów. Znawcy literatury doszukują się u Biernata z Lublina wpływów Wergiliusza,Owidiusza i Fedrusa. O jednej księdze, zawierającej dwa dzieła wiemy z listu do księgarza Szymona. Pisze w nim Biernat:

"...Niedawno ,pan Jan Pilecki przyniósł mi kronikę czeska, tę która została także po czesku wydrukowana. Dołączona do niej była „Historia o trzech królach” [wydana] w Moguncji. Przeczytałem ją pilnie..."

Wspomniana kronika to Historia Bohemica seu de Bohemorum origine gestis historia Eneasza Sylwiusza Piccolominiego, wydawana wielokrotnie od roku 1475. Czeski przekład , który znalazł się w rękach Biernata to dzieło Mikulasza Konaca z 1510 roku. Historia o trzech królach to XIV-wieczne łacińskie dzieło karmelity Jana z Hildeshaimu bardzo wówczas popularne Dzieło obfituje w opisy przyrody, obyczajów i kultury Wschodu, zawiera też historię odnalezienia i przywiezienia do Konstantynopola ciał trzech króli oraz inne legendy i opowieści. W bibliotekach PAN w Krakowie i w klasztorze Bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej znajdują się dzieła,które,dzięki odkrytym w nich odręcznym notatkom, określone zostały jako niegdysiejsza własność Biernata z Lublina. Są to: „Contra Celsum” Orygenesa, „Opuscula” św.Augustyna, „De Christiana religione” Borromaeusa,”De Christiana religione” Ficina, i cztery dziełka Riciusa. Jak nietrudno domyślić się skromnego skryby nie było stać na takie zakupy a stoi za nimi finansowa pomoc możnego mecenasa. Wielką zasługą Biernata z Lublina jest to, że łaciński modlitewnik zastąpił polskim [„Raj duszny”], jak się wydaje nie bez zachęty ze strony swojego mecenasa, dla którego żony, wojewodziny Pileckiej lub Barbary z Oleśnickich Pileckiej był przeznaczony. Biernat z Lublina odwdzięczył się swojemu mecenasowi dedykacją w przedmowie do pierwodruku „Żywota Ezopa Fryga”.

Kasztelan Stanisław Warszycki przedstawiany jest zazwyczaj jako prymitywny okrutnik. Tymczasem lista dedykowanych mu dzieł literackich jest pokaźna. Można przypuszczać,że na część tych dedykacji zasłużył sobie finansując druk ksiąg.

1640

Vergili Aeneida. To iest O Aeneaszu Troiańskim ksiąg Dwanaście. Przekładnia Andrzeia Kochanowskiego. A teraz staraniem od Waleryana Piątkowskiego na swiat wystawione.

Druk Łazarza w Krakowie. Na odwrocie karty tytułowej herb wojewody Warszyckiego oraz 6-wiersz polski-dedykacja wierszem Stanisławowi Warszyckiemu podpisana przez Waleryana Piątkowskiego który pisze,że chęc Warszyckiego sprawiła ,że się odważył na wydanie [kosztem warszyckiego ?

1640

Samuel Brzeżewski. Prawo z Smiercią, Anyołami, y Niebem, : Abo Kazanie O Wniebowzieciv Panny Naswiętszey. W Kościele Farnym Krakowskim Panny Maryey, Dnia 18. Augusta. R. P. 1639.

Dedykacja Stanisławowi Warszyckiemu wojewodzie i generałowi mazowieckiemu. Wydrukowane w drukarni Krzysztofa Schedla.

1641

Goldonowski Andrzej. Bractwo św.Anioła Stróża od Oyca św.Urbana VIII za przyczyną ś.p. Zygmunta III Króla Polskiego etc. dedykacja Stanisławowi Warszyckiemu Wojewodzie Mazowieckiemu

1644

Gładysz Maciej Stanisław. Anoformera genesion seu applaudentis animi ad vernantis diei natalitiorum auspicium, Illustrissimi et magnifivi Domini Stanislai a Warszyce Warszycki terrarum Mazoviae generalis palatini etc.

Wydrukowane w Krakowie? Po 24 IX 1644 . Na odwrocie strony tytułowej herb abdank i pod nim 8 wierszy łac.na pochwałę , na końcu wierszem składa powinszowanie w dzień imienin Warszyckiego wojewody mazowieckiego.

1649

Łobżyński Jan. Pharus Warszyciana Votiuis Ignibus collucens Donum Aurei , in Deiparam Claromontanam amoris appensum ex voto Illustrissimi Stanislai a Warszyce Warszycki Palatini et Generalis terrarum Masoviae etc.etc. Anno [...] M.DC.XLIXCracoviæ : In Officina Typographica Francisci Cæsarij [...], 1649.

Na odwrocie herb Abdank, pod nim 6 wierszy łacin. Dedykacja proza Stanisławowi Warszyckiemu podpisana przez Jana Dionizego Łobżynskiego kaznodzieję na Jasnej Górze.

1651

Aulus Persius Flaccus. Dowcipny wierszopis Rzymski. Z łacińskiego na polski wiersz przetłomaczony przez M.Marcina Slonkowica Sławney kademiey Krakowskiej Profesora.

Dedykacja dla Stanisława Warszyckiego i jego potomka Jana Kazimierza Warszyckiego. Drukarnia Krzysztofa Schedla. Wydane również w Drukarni Korpusu Kadetów 1771.

1651

Woynar Krzysztof. Mulier amieta sole et Luna sub pedibus eius....

Dedykacja Stanisławowi Warszyckiemu Palatino mazoviae

1655

Viviani Jerzy, prof.akademicki. Żywot pobożny, Cuda y Śmierć szczęśliwy,B.Michała Giedroycia Xiązęcia Litewskiego Zakonnika Ordinis canonici S.mariae Demetri de Vrbe

Na odwrocie tytułu znajduje się herb Warszyckich i ośmiowiersz polski,po czym idzie na dziewięciu stronach dedykacja do Stanisława Warszyckiego kasztelana krakowskiego podpisana przez tłumacza

1657

Dziedzic Jan. Apologeticus contra Panegirycum carolo Gustavo Magno Suecorum, Gothoru,Vandaloruq;regni

Dedykacja Stanisławowi Warszyckiemu od Jana Dziedzica.

1659

Stawicki Sebastian. [Paulin, kaznodzieja w kościele siewierskim,] Skarb dożywotniego zbioru pobożnego życia zbogacony cnotami, dzielnych spraw napełniony depozytem za odważna pracą wielmożnego Jego Mości Pana Adama Skarbka z Warszyc Warszyckiego który od śmierci rozbity y kazaniem oddany.

Na odwrocie strony tytułowej herb Abdank przypis Stanisławowi z Warszyc Warszyckiemu, kasztelanowi krakowskiemu. Druk w Krakowie po 6 XII 1659 : U Wdowy y Dziedzicow Francißka Cezarego.

1644

Głazowski T. Prognosticon albo obwieszczenie, przypadków z przyczyn przyrodzonych idących, z nieba y obrotów jego, na rok pański 1644, który jest przestępny, a po przybyszowym pierwszy. Przez Thomasza Głazowskiego . Na starożytny kleynot domu ich MM. PP. warszyckich [czworowiersz]

Na odwrocie tytułu herb i sześć wierszy łacińskich dedykacja Stan.Warszyckiemu kasztelanowi, marszałkowi krakowskiemu,

1669

ks.Gutowski Waleryan, [franciszkanin, +1693] Wielki Franciszek Święty w maluckości swoiey , na kazaniu przy obecznośći Naiasnieyszego Michała nowo korowanego Pana y Monarchy polskiego Podczas Walnego Seymu Coronationis w Krakowskim Kośćiele Franćiszkańskim Avditorowi.

Herb na odwrocie tytułu. Przypis Stan. Warszyckiemu kasztelanowi krakowskiemu. Drukowane w Krakowie po 4 X 1669: u Dziedziców Krzsztofa Schedla

Po śmierci Stanisława Warszyckiego ukazały się dzieła dedykowane członkom rodziny Warszyckich przedstawiające sylwetkę kasztelana:

1681

Arteński Rafał Kazimierz. Fastigivm Senatvs Poloni Jn [...] Stanislao [...] Warszycki, comite in Pilca et Ogrodzieniec Castellano Cracoviensi, Dum eum officiosæ pietatis ergo, Generale Studium Almæ Vniuersitatis Cracouiensis, in Ecclesia Collegiata S. Annæ, Funeralium honore prosequeretur;Cracoviæ :

Na odwrocie strony tytułowej herb Warszyckich i dedykacja prozą Janowi Kazimierzowi Warszyckiemu, synowi zmarłego Stanisława. Drukarnia Akademii Krakowskiej po 25 lutego 1681 [Po śmierci Stanisława Warszyckiego].

1681

Bieżanowski Stanisław. Purpura senatoria, Illustrissimi olim, et excellentissimi Dni, D. Stanislai a Warszyce Warszycki, Comitis in Pilca , et Ogrodzieniec , Castellani Cracoviensis , Magni, et immortali memoria dignissimi Senatoris, luctuoso mortis syrmate involuta; sed ad perennem nominis eius claritudinem , dum magno olim patrono suo, generale studium universitatis Cracoviensis , in ecclesia collegiata S. Annae, funebribus exequijs parentaret;

Na odwrocie strony tytułowej herb Warszyckich Habdank, dedykacja prozą… Michał‚owi Warszyckiemu, miecznikowi łę™czyckiemu. Wydrukowane w Krakowie w drukarni uniwersyteckiej po 25 lutego 1681. [Po śmierci Stanisława Warszyckiego].

1693

Kolczycki Walerian. Honor Serenissimiac Potentisssimi Principis Joannis III regis Poloniae etc.etc.

Wydanie zawiera przypis prozą poświęcony królowi Janowi III a 3 karty dedykowane Stanisławowi Warszyckiemu Castellano cracoviensi. Drukarnia Franciszka Cezarego.

 

W roku 1755 w drukarni J.K. Mci y Rzeczypospolitey - Scholarum Piarum w Warszawie ukazał się drukiem zbiór

Kazania Swiętalne xiędza Idziego Madeyskiego od S. Jozefa Scholarum Piarum przy łaskawey protekcyi Nayiasnieyszey Maryi Józefy z Wesslów Sobieski Królewiczowy Polskiey y W.K.Litewskiego Pani dzidziczney na Pilicy, Smoleniu, Cedrowicach i Bętkowicach..."

Książka ta to zbiór kazań na cześć Marii Józefy z Wesslów Sobieskiej a wydana zapewne został dzięki finansowemu wsparciu królewiczowej. Na książkę składa się około 80 kazań. Autorem był Idzi Madejski (1691 – 1746), pijar, pedagog i historyk kościoła. Autor:

Rodem z woyewództwa krakowskiego z piętnastu pism które zostawił ten pracowity nauczyciel ważnem iest za świadectwem Bielskiego dla literatury oyczystey dzieło: o początku i dalszem wzroście zakonu xięży Piiarów wraz z opisem życia sławnych Piiarów.

[„Wspomnienia zgonu zasłużonych w narodzie Polaków” Eustachego Marylskiego.1829]

 Powrót do spisu tresci ↑

DAWNE OPISY PILICY

ok.1575

...zamki wzniesiono również na miejscach wyżej położonych i na skałach ,choć nie ma przy nich żadnych miast.Do takich należą :Melsztyn,Tenczyn, Lanckorona, Ogrodzieniec, Lipowiec, Olsztyn, Pilica, Czorsztyn,Sobień, Ociec i Wiśnicz.

[M.Kromer. „Polska czyli o położeniu,ludności,obyczajach...wyd.1575]

 

ok.1632

„...Następnie Pilica ,ksiażąt Zbaraskich majętnośc,w mieście kosciół kanoników posiadajaca,na wzgrzu zas wielce warone wfortyfiokacje podłufg teraźniejszej geometrii wytyczone:wewnątrz tychże pałac bardzo okazały i ogród asposobem woskim starannie urządzony”

[Sz.Starowolski.”Polska albo opisanie położenia Królestwa Polskiego”.]

1816

Pilica-zamek niegdyś iak świadczy Starowolski a za nim Cellariusz ,umocniony na górze,z pod którey Pilica rzeka bierze swoie zrzódło,była ta własność Xiążąt Zbarskich tyle w dzieiach oyczystych głosnych.Smoleń-starożytny zamek.

[Tomasz Święcki.Opis starożytnej Polski...]

1819

Powiat pilicki,miasto Pilica przy bagnach z których rzeka tegoż imienia wypływa przyozdobione pieknemi ogrodami i wspaniałym zamkiem.Sąd pokoju.Seymikowe.d.226 I.1644

[Jeografiia Królestwa Polskiego i Wolnego Miasta Krakowa z dołączeniem: wiadomości statystycznych ułożona przez W.Politowskiego S.P.]

1835

Około roku 1612 Stanisław Padniewski na wzniosłej górze nad dzisiejszym miastem Pilicą zwanem panującej zbudował zamek obszerny. Tu rzeka Pilica bierze początek. Kiedy ten zamek przeszedł w posiadanie sławnych w dziejach Polski książąt Zbaraskich nie ma pewności. Dość ,że następstwem czasu przechodząc w ręce rozmaitych nabywców zupełnie zaniedbany został. Zamek Pilicki był niegdyś dokoła warownym otoczony murem .Miał most zwodzony i głębokie fossy. Są dotąd ślady obszernych lochów i wysokich wałów.; w dzisiejszych jednak czasach i przy teraźniejszych sposobach wojowania za służyćby nie mógł, bo dwie góry przyległe, jedna w stronie zachodniej,druga w południowo-wschodniej leżące znacznie nad górę zamkową się wznoszą.

[Powszechny pamiętnik nauk i umiejętności]

1844
Pilica w Pow.Lelowskim,przy źródłach Pilicy.W dawniejszych wiekach pisano Pilcza,później Pilca.Gniazdo rodziny Pileckich,z których Elżbieta wdowa po Winc.Granowskim kaszt.Nakielskim,osobliwym losu zdarzeniem,poślubiła 1417 króla Jagiełłę.Po wygaśnieniu Pileckich w 16 wieku,dobra te dostały się Padniewskim,z których Stanisław S-ta Dybowski,cały majątek łożąc na pobożne zakłady,wynosi koś.farny na kolegiatę ,osadzając przy niej kanon.regularnych ś.Augustyna,inaczej de dePaenitentia zwanych. Zmarłszy 1613 r. tamże pochowany został. Pilica przeszła następnie w posiadanie ks.Zbaraskich ,którzy czasami przemieszkiwali w okazałym zamku tutejszym. Stawszy się własnością Stan.Warszyckiego kaszt.krak.zajęty został zamek przez szwedów 1655r. a r.n. spalony. Gościł w nim nieszczęśliwy Jan Kazimierz,hojnie przez zamożnego dziedzica podejmowany. Przechodząc miejsce to ciągle z rąk do rąk znakomitych rodzin,dostało się na koniec hr. Wesslom,z których Marya Józefa,wdowa po królewicu Konst.Sobieskim ,sprzedaje 1751 Pilicę z licznemi wsiami ,synowcowi swemu gener.Teodorowi Wesslowi,później urząd Podskarbiego WK sprawującemu.Przekształcił on starożytny zamek na ozdobny pałac,zachowując wały i część opasujacych murów.August III ustanawia 1760 jarmark,cztery tygodnie trwać mający,co przyczyniło się do wzrostu miasta i ożywienia handlu.Reformaci mają koś.z klasz.
[Starożytna Polska pod względem historycznym,jeograficznym i statystycznym opisana przez Michała Balińskiego]

1847

U podnóża góry, na której ów zamek wzniesiony, o ćwierć mili dopiero ,rozciąga się miasto Pilica (dawniej Pilcza), przy którem od południa są rumowiska drugiego zamku,wystawionego na początku XVII wieku przez Wojciecha Padniewskiego kasztelana oświęcimskiego; nowo wystawiony za niego zamek poczęto nazywać Pileckim,a staremu dano nazwę Smoleńskiego.

[R.Hubicki „Biblioteka Warszawska”]

1848

Jest i poczta w Pilicy,ale drogi tam takie nie dobre,że z Zawiercia do Pilicy siedemnaście wiorst,jedzie się pięć godzin. Niby mieli naprawić szosę,ale jakoś nie zabierają się do tego. W Pilicy jest aż pięć tysięcy mieszkańców. Żydów jest kilku bardzo bogatych,ubodzy,jak wszędzie zajmują się handlem. Mieszczanie prawie wszyscy handlują trzodą chlewną i dobry maja z tego dochód.

[Gazeta Kielecka ]

1849

W Pilicy czyli Pilcy,zamek,a raczej pałac wałami wzmocniony,wystawił około roku 1610 Stanisław Padniewski .Zburzyli go szwedzi w r.1656,zaś Teodor Wessel,podskarbi W.koronny około roku 1760 odnowił.Niedawno był jeszcze mieszkalny.
[Franciszek Maksymilian Sobieszczański "Wiadomości historyczne o sztukach pięknych w dawnej Polsce".1849]

1850

Nie zbyt dogodna droga ,zwłaszcza w porze deszczów,ale pełna rozmaitości ,prowadzi ztąd do Pilicy.Miasteczko to było gniazdem rodziny Pileckich,ztąd znakomitej,że Elżbieta ,wdowa po Wincentym Granowskim,Kasztelanie Nakielskim zdarzeniem losu,została poslubiona przez Króla Jagiełłę w r. 1417. Piłka po wygaśnieniu rodziny, od tego miasta nazwisko biorącej? w 16 wieku przeszła do rąk Padniewskich, następnie dostała się w dom Książąt Zbarawskich. W 17 wieku miasto z ogromnemi włościami stało się własnością Stanis. Warszyckiego, kasztelana Krakowskiego. Szwedzi zająwszy tutejszy zamek w r. 1655, przy opuszczeniu w roku następnym zupełnie go spalili. Zamek ten, w którym nieraz gościł Jagiełło, a w czasie napadu Szwedów Jan Kazimierz, wspaniale przez bogatego dziedzica przyjmowany, ulubione siedlisko Padniewskich i i Ks. Zbaraskich, dostawszy się w r. 1751 wraz z dobrami na własność Teodora Wesla, synowca Maryi Józefy, małżonki Królewicza Konstantego Sobieskiego, został przez niego na pałac przeistoczony. Dzieło to Podskarbiego Koronnego, świadczy dotąd o skażeniu w owej epoce smaku i chęci naśladowania obcych zwyczajów. Dzianie bowiem wyglądają stare mury i wały dawnego zamku, obok budowli wprawdzie obszernej, ale bez żadnego smaku wystawionej.Obecnie gmach ten pustkami stojąc, spiesznie chyli się do upadku.

Miasteczko to, porządnie zabudowane i do 4,000 ludności mające, zdobią trzy kościoły: to jest farny, który hojnością Stanisława Padniewskiego Starosty Dybawskiego odnowiony i upiększony, za jego staraniem do godności kolegiaty podniesiony został. Drugi, księży Reformatów fundacyi Weslów, a trzeci modrzewiowy, bardzo odległej starożytności sięgający.Niedaleko miasta ciągną się wzgórza ku zachodowi; z jednego wytryskają trzy strumienie czystej wody, które łącząc się w kształcie małej strugi i przebiegłszy nie wielką przestrzeń, toną w obszernym stawie samego miasta dosięgającym. Te trzy skromne wodotryski stanowią źródła rzeki Pilicy. Opuszczając ona staw, niejako swoją kolebkę, płynie cicho wązkiem korytem. Przechodzień o kilka mil od miasta widząc małą rzeczułkę, aniby się domyślił, że to jest taż sama Pilica, której wspaniałe nurty przebywał po kilkaset-stopowym moście pod Biało-brzegami. Pilica, trzecie miejsce zajmująca między krajom emi rzekami, łączy się z Wisłą pod Mniszewem, i na kilka mil powyżej Przedborza spławną być zaczyna.Nie żałując trudów, pójdźcie ze mną drogą ciągle pod górę się pnącą, bo znój wasz cudnemi obrazami wynagrodzony zostanie. "Wszakże już z miasta Pilicy, gdzieście w rozkosznej ustroni przy źrodle spoczywali, pojawiał się na tle błękitu zamek: pół-milowa przestrzeń rozdziela nas od niego.

[Wiślicki.”Opis Królestwa Polskiego pod względem historycznym, statystycznym, rolniczym, fabrycznym, handlowym, zwyczajowym i obyczajowym.”

1856

Pilica, lubo starożytne i niegdys lepszą dolą się cieszące miasteczko, jak wszystkie prywatne własności podupadła, i biedna przedstawia okropny obraz nieporządku i brudu, niestety, tak zwykły w naszych miasteczkach. Obecnie jednakże,gdy majątek, do którego Pilica należy przeszedł w ręce zapobiegliwego przemysłowca, pana Moes, spodziewać się należy iż dla miasta lepsze dni zawitają.

[Adam Wiślicki w „Księga Świata”]

1874

...obszerny czworokątny rynek,zbudowany z małym wyjątkiem piętrowemi kamienicami w środku z wodotryskiem,urządzonym przez zmarłego właściciela ,zamiast być zdobnym w skwery i chodniki, oszpecony budami i kramami cuchnącemi, z dwoma pryncypalniejszemi ulicami:Krakowską i Żarnowiecką i poplątaną siecią różnych zaułków tworzą całość miasta po nad któremi panują pałac zamkiem zwany,kościół kollegijalny, klasztor OO.Reformatów,a trochę dalej za miastem kościółek ŚŚ.Piotra i Pawła. Zamykają je zaś od południa zakłady młyna parowego i farbierni wzniesione nad wspaniałym okolonem starodrzewiem stawem ,od północy o parę wiorst odległa imponująca fabryka kortów,od wschodu piętrzące się góry od zachodu fosy, dawne fortyfikacyjne mury zamkowe i droga bita ku stacyi kolei żelaznej Zawiercie prowadząca... W ogóle budynki tutejsze stawiane z wapienia, z rzadkiemi wyjątkami z cegły,a po największej części z drzewa są to niesmaczne budy ;nie znam ani jednego pomieszkania któreby przedstawiało wykończenie,a o wygodzie ,rozkładzie a cóż dopiero jakim takim konforcie nawet wspomnieć nie warto. .Ulice wąskie błotniste,pełne dziur i wybojów świecą nie w jednem miejscu pustemi placami lub co gorsza chlewami,kloakami i wszelkiego rodzaju śmietnikami ,frontem do przechodnia wystawionemi.

[Gazeta Kielecka]

II poł.XIX wieku

Pilica miasto prywatne w gubernii Radomskiej,w powiecie Olkuskim w bardzo pięknem położeniu nad rzeka tegoż nazwiska,od Olkusza wiorst 21,od stacyi kolei żelaznej Zawiercie mil 2 odległe. Osada wielce starozytna ,w dawniejszych wiekach zwana Pilcza,później Pilca [...] dziś Pilica liczy ogólnej ludności 3524 głów,ma domów 214,sąd pokoju okręgu Pilickiego,magistrat i jarmarków 6 do roku.

[Encyklopedia Orgelbranda]

1877

Rok dobiega jak po siódmej najdotkliwszej pogorzeli a dotąd nic tu nie uprzątniono ,nic niezmieniono- stercza kominy,walają się porozrzucane... W samej Pilicy podniosło się z gruzów przeszło dwadzieścia bardzo porządnych domków murowanych ,krytych albo blachą albo smołowcem ;przytem rozszerzono ulicę główną ,przeprowadzono gdzie wypadało przecznice słowem nakreślono nowy plan dla części tej,którą roku zeszłego pożar nawiedził - a tem samem zabezpieczono cała osadę najgorzej zabudowaną od przerzucenia się pożarów na skupione, jak było dawniej siedziby. Gdyby jeszcze nakazane zostało obsadzenie drzewiną wzniesionych budynków zabezpieczonoby jeszcze więcej od ognia osadę a co ważniejsze przyczynionoby się do gwałtownie potrzebnej tu asenizacji.

[Gazeta Kielecka]

1883

Pilica sama coraz więcej upada. W tym roku nawet konsystującego wojska była pozbawioną a gdyby nie młyn parowy i fabryka papieru w Wierbce ożywiające jakiś ruch miejscowy, można by tutejsza osadę śmiało uważać za znaczniejsza wioskę żydowska, w której zaledwie trzecią część ludności stanowią chrześcijanie.

[Gazeta Kielecka ]

1888
Piliza(Pilica), Miasteczko w Królestwie Polskim, w guberni kieleckiej  [Kjelzy], nad Pilicą,lewym dopływem Wisły.Ma 3 kościoły, klasztor,Synagogę i  (1885r.) 4982 mieszkańców, kilka fabryk zajmujących się produkcją tkanin  i cukru*

[Meyers Lexikon.Tom13]


* Ciekawe skąd taka informacja!

1890

Pilica,miasto (dawniej Pilcza),pod którem rz. Pilica bierze swe źródła. Za Bolesława Chrobrego należało do Sieciechów,później do Pileckich herbu Topór, Padniewskich itd. Miało na wzgórzu warowny zamek książąt Zbaraskich ;później po zburzeniu go przez szwedów,Teodor Wessel podskarbi koronny wystawił na tem miejscu wspaniały pałac; nowszemi czasy należało do fabrykantów braci Moesów,kilka w pobliżu posiadających fabryk od których je nabył bankier Epstein. Miasto posiadało kollegium kanoników,ma starożytny kościół parafjijalny ,klasztor Reformatów i kilka bóżnic. W pobliżu jest na wzgórzu kościółek św.Piotra i Pawła. Parafija ta przedtem niezmiernie była rozległą ,bo ciągnęła się aż ku Smoleniowi
[Oskar Kolberg „Lud jego zwyczaje...” Serya XVIII.Kieleckie]

ok.1898-1901

Pilica,osada w Gubernji Kieleckiej,pow.Olkuskim, nad rzeka tej samej nazwy, miejscowość bardzo starożytna, niegdyś zwana Pilcza, później Pilca, stanowi gniazdo rodziny Pileckich, z których Elżbieta była małżonka króla Jagieły. Następnie P. przeszła w posiadanie Padniewskich, którzy nie mało do jej upiększenia się przyłożyli. I tak Stanisław Padniewski wystawił tu w roku 1610 okazały zamek ,zburzony w roku 1655 przez Szwedów , odnowiony i przekształcony na piękny pałac przez Teodora Wessla, który jednak zachował wały i część zamkowych murów. Tutejszy piękny kościół parafjalny, pod wezwaniem św.J. Chrzciciela, posiada kilka starożytnych nagrobków ,a między innemi Mikołaja i Agnieszki Padniewskich. W zakrystji znajduje się bogate i piękne aparaty kościelne ,z daru króla Jana III pochodzące. Jest tu jeszcze drugi kościół, przy którym stoi kropielnica ,mająca na sobie rok 1089. Trzeci kościół p.t. Imiena Jezus, z klasztorem Reformatów fundowany był r.1739 przez Marję Józefę Sobieską. Nadto, przy szpitalu jest kaplica św.Jerzego, założona 1629 przez księcia Jerzego Zbaraskiego, dotąd w dobrym utrzymana stanie. Dzisiejszy właściciel Pilicy, Moes, ożywił znakomicie to miasto, założywszy w niem na wielką skalę fabryki papieru ,tudzież kortów i sukna,które po kilkuset robotników zatrudniają. Obecna ludność miasta około 5000 głów. [Encyklopedia Orgelbranda ]

1907

Pilica,osada ,nad rzeką Pilica,która ma tu niedaleko źródła,a w samej Pilicy rozlewa się w wielki staw,leży w dolinie otoczonej wzgórzami.Posiada kościół parafialny,kościół z klasztorem reformatów i dwa małe kosciółki filialne,synagogę i kościół ewangelicki;na wzgórzu pałac właścicieli ,przerobiony z zamku,z okazałym parkiem.Starożytne cmentarzysko z urnami świadczy iż osada jest bardzo starożytna .Nadana była znakomitemu rodowi Toporczyków,którzy wystawili tu zamek obronny na górze.Elżbieta Pilecka ,wojewodzianka sandomierska 2o voto Granowska ,była żoną Władysława Jagiełły .Pilica była kolejno w posiadaniu wielu rodów magnackich.W XVIII wieku była własnością rodziny Wesslów.Marya Józefa Sobieska (z Wesslów) sprzedała Pilicę bratankowi swemu podskarbiemu wielkiemu koronnemu .W kościele parafialnym jest kilka grobowców różnych właścicieli Pilicy,w zakrystyi sprzęty i aparaty ofiarowane przez kr.Jana III.Mieszkańców 6829.

[Bazewicz.”Atlas geograficzny ilustrowany Królestwa Polskiego.R.1907]

1917
Miasteczko Pilica, to gniazdo rodowe Toporczyków - Pileckich (później herbem Leliwa się pieczętujących), którzy w XV w. zbudowali tutaj zamek. W zachowanym po dziś dzień starym parku okalającym renesansowy pałac / 1610 r./ wzniesiony przez kasztelana oświęcimskiego Wojciecha Padniewskiego h. Nowina, stoi zabytkowa lipa upamiętniająca królową Elżbietę, trzecią żonę Władysława Jagiełły / 1417 r./. Pileccy wg. tradycji mieli wywodzić się od Granowskich, a tradycja głosi że protoplastą tego rodu jest jeden z braci Spicimierza przodka domu Tarnowskich, herbu Leliwa, żyjących za czasów Leszka Czarnego. Kasztelan nakielski Wincenty /1397 /, jako pierwszy piszący się z Granowa (wg. Okolskiego), był żonaty z Elżbietą z Pilczy, córką Ottona Pileckiego h. Topór (Otton Pilecki h. Topór " wojewoda i starosta sandomierski 1368-1375 od majątku Pilczy pisał się z Pilczy v. Pileckim i należał do najzamożniejszych panów swojego czasu; królowa Elżbieta w imieniu króla Ludwika mianował go generałem wielkopolskim, lecz tej nominacji sprzeciwiła się szlachta tej prowincji, dając za przyczynę, że Otton nie posiadał majątku w Wielkopolsce, właściwym jednak powodem oporu była znajoma jego surowość i gorliwość w pełnieniu swoich obowiązków. Otton miał dwóch braci, Sędziwoja z Szubina i Janusza z Jabłonny, który otrzymawszy Korytno, dał początek znakomitej rodzinie Korycińskich; po Ottonie córka Elżbieta, dziedziczka po ojcu ogromnego majątku, zaślubiła Wincentego Granowskiego h. Leliwa (kasztelan nakielski),i z nim miała syna Jana, który po dziadzie macierzyńskim nazwał się Pileckim, zachowując swój herb Leliwa, i był protoplastą rodziny Pileckich Leliwczyków.(Z tego związku córki, Jadwiga za Janem z Leksandrowic i Elżbieta, żona Bolka V ks. głogóweckiego. Po przejściu do obozu husytów ks. Bolko wypędza Elżbietę Granowską z Pilczy i zaślubia Jadwigę Bees zm.1470 córkę Henryka Bees v Bies z Kujaw). Podeszła już w wieku Elżbieta, poślubiła Władysława Jagiełłę w 1417 r., i to małżeństwo niestosowne wiekiem i godnością, powszechna wywołało niechęć, tem więcej gdy Elżbieta mściwa z natury prześladowała kanclerza Wojciecha Jastrzębczyka i tych panów, którzy przeszkadzali jej synowi Janowi do godności hrabiowskiej, o którą uprosiła króla Jagiełłę. /.../ Z tym tytułem wiązały się i inne prerogatywy, a mianowicie że zmieniały w wasalów tegoż Jana wielu ze szlachty, w okolicach Jarosławia dziedziczących. Kanclerz odmówił przyłożenia pieczęci zawsze jednak Pileccy tytułowali się hrabiami, chociaż nie na Jarosławiu, ale Pilicy ; rodzina ta była zamożna, posiadała bowiem prócz Pilicy majątki Łańcut, Tyczyn, Bychawę, Zalesie i wiele innych znacznych dóbr
[S. Uruski "Rodzina. Herbarz szlachty polskiej" t. XIV.]

1924

„Ludność wiejska zajmuje się rolnictwem, a z biedniejszych miejscowości gminy wyjeżdża na roboty do Zawiercia i Zagłębia Dąbrowskiego. Przemysłu poza kilku młynami i dwoma fabrykami papieru poza obrębem osady Pilica nie ma. Na terenie gminy znajdują się ruiny zamku Smoleń i stary zamek i klasztor Braci Reformatów w Pilicy. Osada Pilica zbudowana jest na wzór miast z rynkiem pośrodku, posiada 3019 mieszkańców, trzy kościoły, sąd pokoju, kancelarię rejenta, a także zakłady przemysłowe: młyn, octownię, słodownię, drożdżownię, fabrykę wódek, elektrownię, a w okolicy dwie papiernie „Sławniów” i „Wierbka”. Mieszkańcy, aczkolwiek posiadają niewielkie działki gruntu, trudnią się przeważnie rzemiosłem i handlem, czemu sprzyjają odbywające się, co tydzień, we wtorki i piątki targi. W przyszłości, po przeprowadzeniu kolei Zawiercie-Sandomierz, Pilica może się stać bardzo poważnym ośrodkiem handlowym i przemysłowym”.

[Sprawozdanie starosty olkuskiego Jerzego Stamirowskiego z działalności Olkuskiego Powiatowego Związku Komunalnego za okres od początku istnienia do 1924 r. ]

1926

Osada miejska, pow.Olkusz, siedziba sądu pokoju, sąd okręgowy Sosnowiec,3299 mieszkańców. Stacja kolejowa (14 km) - Wolbrom,linja kolejowa Kielce-Strzemieszyce. Poczta,telefon-Pilica. 2 kościoły katolickie,1 ewangelicki,1 synagoga,klasztor o.o. Reformatów. Szpital epidemiczny. Przytułek dla starców. Cechy:szewców stolarzy kowali i rzeźników. Targi;co tydzień ogólne. Elektrownia, papiernia, fabryka wódek i likierów, fabryka drożdży, gorzelnia, krochmalnia, młyny, tartaki

[Księga Adresowa Polski dla handlu, rzemiosł i rolnictwa 1926/27]

1933

Zamek w Pilicy /budował w r. 1610 Wojciech Padniewski, który się tu przeniósł z pobliskiego Smolenia. Po Padniewskieh dobra przeszły na ks. Jerzego Zbaraskiego, potem na ks, Konstantego Wiśniowieckiego, z którego córką Heleną ożenił się Stanisław Warszycki. kasztelan krakowski. Podczas wojen szwedzkich odegrał on wybitną rolę, stojąc wiernie przy królu. Gdy Pilicę zajęli Szwedzi pod wodzą Lindorna, Warszycki uderzył na zamek i Szwedów przepędził. Dzielnic bronił się w swoim Dankowie pod Częstochową i pomagał Kordeckiemu. Wdowa po Pocieju, wojewodzie wileńskim, ostatnia z rodu Warszyckich sprzedała hrabstwo pilickie Marii Józefie z Wesslów Sobieskiej, synowej króla Jana, małżonce królewicza Konstantego. Pani ta, odznaczająca się wielką dobrocią serca i pobożnością, w y budowała w Pilicy klasztor i kościół OO. Reformatów, odrestaurowała zamek. Pisała się panią na Pilicy, Smoleniu, Cedrowicach i Bętkowicach. Odwiedzał ją król August Il i August III. Ten ostatni gościł w Pilicy w zapusty 1734 r, Zmarła przeżywszy lat 76 w klasztorze u Sakramentek w Warszawie w r. 1762, Po niej panem Pilicy był Teodor Wessel, którego pomnik jest w kościele Reforrnatów. Po Wesslach dobra pilickie, obdłużone przechodziły z rąk do rąk. Wymienić tu należy Krystyna Augusta Moesa, właściciela zakładów przemysłowych w pobliskiej Wierbce i Sławniowie. Moes zamek odbudował w r. 1853, do stanu zaś dzisiejszej świetności doprowadził go Leon Epstein, który zamek przerobiony na pałac odnowił i upiększył. Obecnie pałac znajduje się w posiadaniu rodziny Arkuszewskich

[Przewodnik po Zagłębiu Dąbrowskim.1933]

1955

Pilica była przez długie wieki prywatną własnością panów,dlatego nie rozwinęła się,pozostając miasteczkiem martwym. Właściciele patrzyli obojętnie z wysokości swego pysznego pałacu na niedolę 4000 mieszkańców złożonych z rękodzielników (głównie szewców) rolników i drobnych kupców,którzy mieli za to nadmiar kościołów,kleru,klasztor i bractwo pobożne. Wprawdzie dwóch przedostanich dziedziców,Niemców spolonizowanych ,usiłowało od 1853r. uprzemysłowić Pilicę z okolicą ,lecz zakłady przemysłowe (fabryka papieru,sukna,młyny,browar) zmiotła I wojna światowa.

[K.Sosnowski."Jura krakowsko-wieluńska" ]

 Powrót do spisu tresci ↑

 

LISTA SCHINDLERA Z PILICA W TLE

Bez Bankiera nie byłoby Schindlera

"Lista Schindlera" w reżyserii Stevena Spilberga stała się filmowym hitem. Przesłaniem było pokazanie światu, że w III Rzeszy czego przykładem był Oskar Schindler, który według twórców filmu był uczciwym Niemcem i to bezinteresownie kochającym Żydów, z narażeniem życia ratującym ich od niechybnej śmierci i to na terenie Polski,kraju, którego mieszkańcy jeśli sami nie wydawali Żydów w faszystowskie ręce to obojętnie przyglądali się holocaustowi. Nie pierwszy raz amerykańscy filmowcy wykazali się totalną ignorancją tworząc film z pełnym lekceważeniem historycznych realiów. Z polskich akcentów wystarczy w tej materii przypomnieć „Opór” i „U 571”. Pierwszy mówi film, o bohaterskim według Hollywood oddziale partyzanckim braci Bielskich, który przez nas znany jest ze zbrodni popełnionej w Nalibokach na ludności cywilnej. Drugi z filmów to wyssana z palca historia zdobycia przez dzielnych Amerykanów maszyny szyfrującej „Enigma”.

Tragedią jest to, że takie filmy - dobrze zrobione, widowiskowe, ze świetną obsadą i scenografią, z wartką fabułą, zapadają w pamięć i dla większości widzów są jedynym kontaktem z tą częścią historii. To syndrom bohaterskiego kpt. Klossa, "Czterech pancernych i psa" czy "Jak rozpętałem II wojnę światową". Jeśli potrafimy to obejrzeć krytycznie i rozdzielić prawdę od fikcji, to wszystko w porządku. Przeciętny widz jednak tego nie potrafi, a konkretnej wiedzy nie ma. Skoro my nie robimy takich filmów i nie dbamy o naszą historię, więc robią to za nas inni. I w związku z tym pokazują nas tak, jak chcą, a nie tak, jak naprawdę było. W tym sensie sami sobie jesteśmy winni.

[Leszek Żebrowski. Historyk specjalizujący się w dziejach polskich narodowych organizacji konspiracyjnych w okresie II wojny światowej ]

Krakowska fabryka naczyń emaliowanych została założona przez trzech żydowskich przedsiębiorców: Michała Gutmana z Będzina, Izraela Kohna z krakowskiego Kazimierza i Wolfa Luzera Glajtmana z Olkusza, który wcześniej pracował w młodszej o trzydzieści lat olkuskiej fabryce naczyń emaliowanych. Na dokumentach notarialnych widnieje adres budynku administracyjnego fabryki przy ul. Romanowicza 9. Pierwszą Małopolską Fabrykę Naczyń Emaliowanych i Wyrobów Blaszanych „Rekord” Sp. z o.o. wzniesiono w 1936 r. na gruntach zakupionych od Krakowskiej Fabryki Drutu, Siatek i Wyrobów Żelaznych S.A przy ul. Lipowej 4. Wzniesiono na tym terenie wiele budynków, w których mieściły się: sztancownia (obróbka, przygotowanie i tłoczenie blach), bejcownia (kąpiel wytłoczonych naczyń w roztworach kwasu solnego w celu odtłuszczenia i wyczyszczenia przedmiotów), emaliernia (kilkakrotne nakładanie gruntującej i kryjącej warstw emalii). Garnki, po nałożeniu kolejnych warstw emalii, wypalano w specjalnych piecach emalierskich w temperaturze 600–950 st C.W styczniu 1937 r. firma rozpoczęła działalność a w tym samym roku wszedł do zarządu Abraham Bankier.

W spółce kilkakrotnie dochodziło do przekształceń własnościowych, a jej sytuacja finansowa stopniowo się pogarszała. W marcu 1939 roku zakład zaprzestał produkcji a w czerwcu tego samego roku firma zgłosiła wniosek o upadłość, co zostało oficjalnie ogłoszone przez Sąd Okręgowy w Krakowie. Wraz z nadejściem okupacji firma objęta została niemieckim zarządem komisarycznym.W październiku 1939 roku syndykiem masy upadłościowej został ustanowiony adwokat dr Roland Goryczko. W listopadzie 1939 r. jej powiernikiem został Oskar Schindler. Był morawskim Niemcem, synem producenta maszyn rolniczych ze Svitav. Nieszczególnie mu się początkowo wiodło. Mając tylko tzw. małą maturę i ukończone różne kursy zawodowe, był często bezrobotny. Padła założona przez niego kurza ferma. Splajtował jako nauczyciel jazdy samochodowej. Sprzedawał losy bankowe. W latach trzydziestych był przedstawicielem handlowym Morawskiej Elektroniki S.A. w Brnie. Jako aktywista ruchu henleinowskiego został zwerbowany przez Abwehrę. Na sporządzonej po wojnie przez czechosłowackie służby specjalne liście dziewięciu agentów Abwehry i SD działających z terenu czeskiego przeciw Polsce, Schindler zajmuje pierwsze miejsce. Rozszyfrowany przez czeski kontrwywiad został latem 1938 roku aresztowany i skazany na karę więzienia, z którego jednak został szybko uwolniony bo zobowiązywały do tego czeskie władze klauzule Układu Monachijskiego. W kierowanej z Berlina (za pośrednictwem II oddziału Abwehry przy VIII okręgu wojskowym we Wrocławiu) gęstej sieci agentów awansował na faktycznego szefa specjalnej 25-osobowej grupy szpiegowsko-dywersyjnej w Ostrawie nacelowanej na działanie w zachodniej Galicji i na Górnym Śląsku. Często nielegalnie przekraczał granicę z Polską w rejonie Głuchołaz. Tym, który dostarczył polskie mundury użyte podczas napadu na gliwicką radiostację był właśnie Oskar Schindler. Jeden, oryginalny, zdobył od dezertera z armii polskiej. Reszta została uszyta w Berlinie według tego wzorca. W Krakowie początkowo Schindler został powiernikiem żydowskiego sklepu z naczyniami kuchennymi przy ul. Krakowskiej. Biegły w finansach krakowianin Itzak Stern wskazał mu "Rekord" jako firmę której mógłby zostać powiernikiem, a z czasem ją przejąć. Firma mogła wznowić produkcję naczyń emaliowanych na potrzeby Wehrmachtu. Za poradą Sterna, który dokładnie przeanalizował obowiązujący system prawny, Schindler postarał się o nabycie tej fabryki na własność w drodze sądowej, rezygnując z objęcia firmy jako powiernik.W listopadzie 1939 roku Schindler przejął zarząd powierniczy nad ”Rekordem” a 15 stycznia 1940 roku, na podstawie umowy z syndykiem, wydzierżawił budynki fabryczne przy ul. Lipowej 4 i Romanowicza 9. Zakupił także gotowe wyroby i półfabrykaty. Wkrótce po zajęciu fabryki Schindler, dzięki kapitałowi żydowskich przedsiębiorców, którzy w zamian otrzymali towar lub zatrudnienie w zakładzie, przystąpił do jego rozbudowy według planów przygotowanych jeszcze przez byłych udziałowców „Rekordu”. Prace rozpoczęły się w 1940 roku od stworzenia biura płac, gabinetu lekarskiego i stomatologicznego, ambulatorium, kuchni, stołówki oraz stajni dla koni i garaży samochodowych. Wśród zatrudnionych robotników początkowo przeważali Polacy. Liczba pracowników żydowskich wynosiła w 1940 roku około stu.Prawnym właścicielem firmy Schindler stał się dopiero w 1942 roku kiedy to korzystając z wkładu kapitałowego byłego udziałowca „Rekordu”, Abrahama Bankiera, i właściciela sklepu przy ul. Krakowskiej, Samuela Wienera, nabył parcelę przy ul. Lipowej. To Bankier zaproponował Schindlerowi, sprzedaż fabryki. Od 3 września 1942 roku nowy właściciel zmienił nazwę fabryki, która odtąd brzmiała Deutsche Emailwarenfabrik Oskar Schindler czyli "Niemiecka Fabryka Wyrobów Emaliowanych Oskara Schindlera". DEF produkowała na potrzeby armii przede wszystkim naczynia emaliowane, wojskowe menażki, łuski do pocisków oraz zapalniki do pocisków armatnich i bomb lotniczych. Przypadek sprawił, że jedną z osób odpowiedzialnych za zamówienia wojskowe był był generał Maximilian Schindler. Zbieżność nazwisk była przypadkowa jednak pomogła Oskarowi Schindlerowi gdyż nazwisko generała budziło respekt wśród różnych instytucji, których przedstawiciele na wszelki wypadek nie byli zbyt dociekliwi przy kontrolowaniu firmy. W fabryce Bankier zakładał na pasiak z gwiazdą Dawida szare ubranie robocze i siedząc w biurze planował jak zarobić pieniądze pozwalające na realizację planu ratowania Żydów. Była to sprawa bardzo skomplikowana. Wobec deficytu blachy produkcja wyrobów emaliowanych na cele cywilne była zabroniona. Wojsko przydzielało blachę na produkty i przykładowo płacił za patelnię 20 złotych, podczas gdy na czarnym rynku kosztowała ona 128 złotych. Do Bankiera należało zorganizowanie produkcji i księgowości w taki sposób, aby po zrealizowaniu dostaw dla wojska zostawała blacha na uboczną produkcję. Udawało mu się przy tym organizować dodatkowe dostawy blachy. Nielegalny handel naczyniami emaliowanymi na czarnym rynku obejmował w szczytowym momencie 80 % całej produkcji dzięki czemu Bankier wypracowywał olbrzymie środkami na łapówki, dzięki którym do firmy można było ściągać kolejnych żydowskich robotników. Równocześnie wypracować musiał środki na wystawne życie Schindlera,włącznie z luksusowymi alkoholami, papierosami i kamieniami szlachetnymi. Środki finansowe i luksusowe prezenty zdobywał również od ludzi, którzy za wszelka cenę chcieli się dostać do pracy w fabryce. Schindler poszedł na taki układ. Uzależnił się przy tym na tyle od Bankiera,że gdy ten został wyznaczony do transportu do Oświęcimia osobiście wyciągnął go z transportu. Za pieniądze zdobyte przez Bankiera na czarnym rynku urządzał libacje z wysokimi oficerami Wehrmachtu, którym wręczał drogie prezenty i łapówki dzięki czemu fabryka została zaliczona do kategorii firm "ważnych dla wojny". Dostarczał SS-manom żydowskie dziewczęta, które po orgiach nie wracały już do obozu. Dopuszczał się aktów fizycznej przemocy wobec pracowników do czego przyznał się po wojnie tłumacząc, że "cel uświęca środki”. Zbliżający się front skłonił Schindlera do bardziej ludzkich zachowań. Za pieniądze Bankiera wykupił nowych Żydów. Jeździł nawet po żywność dla pracowników na Węgry. Tam podobno kontaktował się z organizacją syjonistyczną. Z czasem wzrastała liczba pracowników żydowskich od marca 1941r. rekrutowanych za pośrednictwem urzędu pracy w getcie. Polacy zatrudnieni byli w zakładzie głównie na stanowiskach administracyjnych. W 1942 roku nadbudowano halę sztancowni, tworząc główny, trzypiętrowy budynek biurowy w pierzei ul. Lipowej mieszczący wzorcownię, magazyny, zaplecze socjalne i administracyjne wraz z gabinetem i mieszkaniem właściciela zakładu. Na terenie zakładu dobudowano jeszcze dwa piece parowe, Wjazd na dziedziniec fabryki stanowiła ażurowa brama między dwoma kolumnami. W okresie funkcjonowania getta w Podgórzu pracowników żydowskich doprowadzano do fabryki pod eskortą straży przemysłowej lub żołnierzy z ukraińskich jednostek wartowniczych.Na początku roku 1943, w okresie likwidacji krakowskiego getta, i przenoszenia Żydów do obozu w Płaszowie Bankier naciskał na Schindlera, aby dla poszerzenia produkcji zbudować więcej baraków dla zakwaterowania Żydów na terenie fabryki. Schindler postarał się wówczas o pozwolenie na utworzenie na zakupionej przez siebie parceli, przylegającej do DEF podobozu formalnie podlegającego KL Płaszów. Obóz otoczono drutem kolczastym, wybudowano wieże strażnicze, a między barakami usytuowano plac apelowy. Dla podobozu powołano służbę medyczną, lekarstw dostarczała Żydowska Samopomoc Społeczna (JUS). Warunki żywieniowe były znacznie lepsze niż w obozie Płaszów. W barakach na Zabłociu trzymano wówczas pracowników Emalii oraz trzech sąsiednich firm produkujących na potrzeby armii niemieckiej. Liczba pracowników żydowskich wzrosła do około 1100. Produkcję w fabryce oraz obóz kontrolował komendant obozu Płaszów, Amon Goeth. Dzięki staraniom Schindlera inspekcje nie były jednak tak uciążliwe dla pracowników zakładu. Dopiero po przekształceniu obozu Płaszów w styczniu 1944 roku w obóz koncentracyjny, więźniów z Zabłocia objęto stałą kontrolą SS. Po latach Schindler chwalił się, że udało mu się stworzyć „własny obóz koncentracyjny" jedynie z zewnątrz nadzorowany przez SS. Praca trwała początkowo 12 godzin w systemie dwuzmianowym, później 8 godzin w systemie trzyzmianowym. W 1944 roku stanęła nowa hala sztancowni zaprojektowana przez biuro konstrukcyjne firmy Siemens oraz duży zbiornik przeciwpożarowy.

We wrześniu 1944 roku udało się Schindlerowi za pomoca łapówek uzyskać zezwolenie na przeniesienie fabryki wraz z załogą do miejscowości Bruenlitz na Morawach.Obok Żydów mieszkających w podobozie na Zabłociu Schindler mógł zabrać pracowników przebywających w obozie w Płaszowie. Władzom KL Płaszów obojętnym było kto imiennie znajdował się na liście. Zgadzać miała się jedynie ogólna liczba pracowników. Znalezienie się na liście dawało szansę przeżycia więc rozgorzała bezpardonowa walka o znalezienie się na niej.

Było trochę bogatych ludzi, którzy zawsze mieli ukryte diamenty. Około tuzina z nich przekupiło jednego z członków Rady Żydowskiej (Judenratu), który ustalał listę, inni poszli bezpośrednio do Schindlera". [Wspomnienia Mosche Bejskiego, sędziego Sadu Najwyższego w Izraelu]

Wspomnianym członkiem Rady Żydowskiej był Marcel Goldberg. Oprócz Goldberga na listę miał wpływ Abraham Bankier. Jeden z ocalałych więźniów, Michael Garde, stwierdzi później:

Jest zrozumiale, że Bankier w pierwszym rzędzie chciał ratować siebie, swoją rodzinę i swoich przyjaciół

Na liście nie ma trzech dawnych właścicieli "Rekordu": Gutmana, Glajtmana i Kohna. Po przeniesieniu produkcji do Brünnlitz zakład przy ul. Lipowej 4 stanął. Obóz w Brünnlitz był filią obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Zakład został ulokowany w dawnej fabryce tekstyliów. Był też w traktowaniu swych żydowskich robotników już innym człowiekiem. Około 1200 więźniów pracowało tam do 8 maja 1945 roku, kiedy wyzwoliła ich Armia Czerwona. Po wojnie Oskar Schindler za uratowanie 1200 Żydów otrzymał tytuł "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata". Abraham Bankier zamieszkał w Krakowie przy ul. Starowiślnej 87/7. Zmarł w biedzie w 1956 roku na wiedenskim Dworcu Południowym po trzecim zawale serca. Córka Bankiera, Maria C. żyje w Wiedniu i posiada listy, które Schindler po wojnie pisał do jej ojca, informując, że bezskutecznie starał się w Jewish Claims Conference o odszkodowanie dla Bankiera.

Thomas Keneally, autor książki „Lista Schindlera”, krytykowany był przez świadków, którzy przeżyli tamte czasy, a także przez żonę Schindlera, Emilie, której były narzeczony był wysokim urzędnikiem NSDAP i ta drogą załatwiane były najważniejsze zezwolenia. Świadkowie są zgodni co do tego,że bez Bankiera nie byłoby Schindlera a jego rolę potwierdzają: Mosche Bejski z Izraela, Rena i Lewis Fagenowie i Milton S. Hirschfeld z USA, Victor Dortheimer z Anglii oraz wspomniana wyżej jego córka. Pomimo to nakręcony został fałszujący historię film-laurka propagandowa, wychwalający jedynie Oscara Schindlera, bez którego, o tym nie zapominajmy, sam Abraham Bankier nic by nie zdziałał jednak jego pominięcia w filmie wytłumaczyć i wybaczyć nie sposób.

Od 1948 r. obiekty po fabryce Schindlera zajęła wytwórnia podzespołów telekomunikacyjnych TELPOD, rozbudowując je dla swoich potrzeb. Niezmienione zostały charakterystyczna brama wjazdowa, fasada budynku przy ul. Lipowej 4 oraz dwuspadowe dachy w halach fabrycznych. Obok hal produkcyjnych i budynków zaplecza administracyjno-technicznego za bramą wjazdowa zachowała się waga pomostowa produkcji Polskiej Wytwórni Urządzeń i Sygnałów Kolejowych pochodząca z lat 1930-tych. W 2005 roku tereny zakładu przeszły na własność miasta Krakowa. W 2007 roku przyjęto koncepcję podziału obiektów między dwie instytucje kultury. W budynku administracyjnym zrealizowano projekt Muzeum Historycznego Miasta Krakowa tworząc wystawy opowiadającej o losach miasta i jego mieszkańców w okresie okupacji niemieckiej. Hale pofabryczne przeznaczono na Muzeum Sztuki Współczesnej.

Abraham (Abram) Bankier urodził się w 9 maja 1895 r. w Pilicy, był synem Marii Geller i Majera kupca warzywnego. W 1920 r. przeprowadził się do Olkusza gdzie prawdopodobnie wyuczył się emalierstwa, które podawał oficjalnie jako zawód. Fachu mógł nauczyć się w Olkuszu gdzie od 1907 r. funkcjonowała Fabryka Naczyń Blaszanych Petera Westena i tam prawdopodobnie poznał współwłaściciela „Rekordu” Glajtmana. Poza powyższymi informacjami biograficznymi niewiele znalazłem informacji o pilickiej rodzinie o tym nazwisku. Zestawienie nazwisk ludności żydowskiej zamieszkałej w Pilicy opracowane przez  Czestochowa-Radomsko Area Research Group na podstawie różnych dokumentów (metryki urodzenia,małżeństw i zgonów,napisy na macewach, listy poborowych,świadectwa szkolne, dokumenty tożsamości, księgi podatkowe, księgi adresowe, listy policyjne, rejestry w gettach i wiele innych)  wymienia nazwisko Bankier 13 razy. Na jednej z macew na nowym kirkucie w Pilicy wymieniony jest Bankier Arje Laibusz, ojciec Chany Sary. To najstarszy ślad tej rodziny w Pilicy. Wigdor [Wiktor?] Bankier z Pilicy znajduje się na dokumencie „Lista imienna spisowych starozakonnych wykazanych do poboru w 1851 r. którzy z powodu popełnionego zbiegostwa niezostali podtąd dostawieni”. Po roku 1880 właściciel olejarni przy ul.Żarnowieckiej, Leon Epstein, sprzedał ją Bankierowi. W roku 1892 wytwórnia zatrudniała 3 robotników a wartość produkcji wyniosła 11 250 rubli. W roku 1910 zakład działał pod firmą Bankier i Synowie. W roku 1916 jako właściciel tej olejarni wymieniany był M.Czekański. Moim zdaniem był tylko dzierżawcą zakładu, który przez cały czas pozostawał w rękach rodziny Bankierów bo w roku 1922 firma została wymieniana w księdze adresowej jako "Bracia Bankier. Fabryka oleju, pokostu i smarów". Nie ma jednoznacznych dowodów na to,że w przypadku olejarni chodzi o rodzinę Abrahama Bankiera. W 1903 r. w Pilicy urodził się Pinkus Bankier, który podczas wojny przebywał w Belgii, w Malines gdzie był szlifierzem diamentów. Przywieziony w jednym transportów do Oświęcimia gdzie 31.10.1942 zginął.

 Powrót do spisu tresci ↑

PILICKI DZIENNIKARZ

Zbigniew Isaak urodził się w 1930 r. w Pilicy. Od 15 marca 1958 do 1 listopada 1959 bredaktorem naczelnym czasopisma Sztandar Młodych 1 a od 1 listopada 1959 do 1976 r. był redaktorem naczelnym tygodnika Dookoła Świata 2. Był również autorem wydanej w 1968 roku książki Też z tej ziemi. Pouczające ciekawostki oraz wydanej w 1974 roku książki Takie sobie dziwności czyli pouczające ciekawostki prasowe, z której pochodzą poniższe cytaty:

[…] Jak stwierdzono, pozwany mieszkał w dniach 16—17 sierpnia br. w hotelu nie z kobietą, lecz z żoną []

[…] Inspektor kontrolujący pracę jednego ze sklepów spożywczych w Z. wyczytał w książce skarg, wniosków i zażaleń następującą pochwalę dziękczynną jednego z klientów: „Kierowniczce sklepu, ob. Marii J., za poświęcenie swej prywatnej gazety na zapakowanie zakupionego przeze mnie kilograma śledzi, wyrażam głębokie słowa uznania. Witold W. []

[] W planie pracy na rok 1972 Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej w H. figurował następujący punkt: Dążyć do zwiększenia sprzedaży trumien za pośrednictwem właściwej reklamy []

[…] Rolnicy nie zwlekajcie! Jeszcze dziś pokryjcie posiadane maciory![...]

[] Kierownik jednego z magazynów w K. został przypadkowo przyłapany in flagranti na zbyt śmiałym flircie z podległą sobie pracownicą. Ponieważ zbytki miały miejsce na terenie zakładu w godzinach pracy, romantyczna para kochanków została poddana przesłuchaniu. Władysław K. gorąco zaprotestował przeciw zarzutom o zaniedbywaniu pracy na rzecz seksu, dając temu wyraz we własnoręcznie napisanym oświadczeniu: „...Ożeniłem się, gdy miałem 27 lat. Miałem zatem czas, by się wyszumieć. Obecnie nie oddaję się figlom z płcią żeńską, mając dwoje dzieci, z czego zdaję sobie sprawę []

Zmarł 7 maja 2018 r. w Warszawie. Pochowany na Cmentarzu Ewangelicko - Augsburskim w Warszawie przy ul. Młynarskiej.


 1 Ogólnopolski dziennik dla młodzieży, wydawany w latach 1950–1997. W latach 1984–1985 redaktorem naczelnym był Aleksander Kwaśniewski, późniejszy prezydent RP.

2 Dookoła Świata: ilustrowany tygodnik dla młodzieży - wydawany przez R.S.W. „Prasa-Książka-Ruch” w latach 1954–1976 w Warszawie. Wśród redaktorów byli m.in. : Stefan Bratkowski, Wojciech Giełżyński, Ryszard Kapusciński i Stanisław Szwarc -Bronikowski.

Powrót do spisu tresci ↑

 

PISALI O PILICZANACH

Jan Kochanowski

Jan Kochanowski pisał w „Księdze fraszek wtórej”:

”Epitafium Andrzejowi Bzickiemu,Kasztelanowi Chełmskiemu "
Możem się nie owszejki skarżyć na te lata;
Jakokolwiek, jest przedsię godności zapłata.
Jędrzej Bzicki w tym grobie leży położony,
Który acz nie w majętnym domu urodzony,
Jednak za dowcipem swym, którym go był hojnie
Bóg obdarzył, a on im szafował przystojnie,
Był wziętym u wszech ludzi, siedział w pańskiej radzie,
Co mu więtszą cześć niosło niż złoto w pokładzie.
Do Turek posłem chodził, labirynty prawne,
Jeśli jednemu w Polszcze, jemu były jawne.
Umarł prawie na ręku u życzliwej żony
I leży pod tym zimnym marmorem zamkniony

Tegoż małżonce
Anna z Piłce, dwu mężu zacnych pochowawszy
I dwu synu jako dwu źrzenic opłakawszy,
I z mężów kasztelanka, i z rodu, w tym grobie
Leży, który za zdrowia gotowała sobie;
Białagłowa uczciwa i serca wielkiego -
By u śmierci okrutnej było co ważnego!


Anna z Pilczy była córką Mikołaja Ocica Pileckiego,kasztelana bełskiego i lwowskiego, starosty zamechskiego.Matką była Barbara Konińska lub Barbara z Witowic. Pierwszym mężem Anny był kasztelan rozpirski Mikołaj Kobylański,z któym miała dwóch synów-Jana i Krzysztofa-oraz trzy córki-Jadwigę,Annę i Dorotę. Zmarła w Krakowie w 1576 roku.Drugim jej mężem był kalwin Andrzej Bzicki herbu Ciołek.

 Powrót do spisu tresci ↑

Zygmunt Krasiński

Fragmenty „Snu Elżbiety Pileckiej” Zygmunta Krasińskiego:

Myślała Elżbieta, córka Ottona z Pilcy, o młodym kochanku, o Archeldzie z Heldy, rycerzu niedawno przybyłym z Morawii na dwór potężnego jej ojca. - Pierwszą pałająca miłością, wszędzie szczęście upatrywała i błogie dni sobie obiecując, w rajskiej marzyła ułudzie...

 

O luba — mówił rycerz — już stoją na podwórcu konie; słyszysz? tętnią ich kopyta; noc piękna; śpi zamek; księżyc patrzeć tylko będzie na naszą ucieczkę. - Nie zwlekaj, zaślubiona już mi sercem oblubienico! — Nie zwlekaj!" A słowa młodzieńca podobne były do miłego szmeru błyszczącego strumienia; przenikały one aż do duszy Elżbiety, jak promienie wiosennego słońca do kielicha świeżo rozwitej róży; i jakaś moc nadludzka rzuciła ją w objęcia Archelda - i uniósł ją rycerz przez ciemne zamku galerie, przez kręte schody, wąskie przejścia i podłużne sale aż na szeroki dziedziniec. Tu lekko posadził ją na czarnym swoim koniu, sam obok niej skoczył i przy świetle księżyca wyruszył wraz ze zbrojnymi towarzyszami...

Mignęły wśród drzew otaczających zbroje i proporce i pancerna jazda wystąpiła z ciemnego boru. Na jej czele poznała dziewica Ottona z Pilcy, ojca swojego, a przy nim nie cierpianego człowieka....

Cała skała, okryta zbrojnymi, w każdym miejscu błyszczała to szyszakiem, to pancerzem, i zdało się Elżbiecie, że kamienna opoka w stalową przemieniła się górę. Doszli nareście szczytu mordercy i szczęk broni się rozległ, i wielu ich poległo. Archeld bronił najdroższego skarbu z wściekłością rozpaczy. Ale córka wojewody uczuła, jak corazbardziej drżało podpierające ją ramię, spostrzegła strumienie krwi, wylewające się spod zbroi kochanka, i cala góra zdała się jej zalaną purpurowym potokiem; porwane nim ciało Archelda runęło ze szczytu opoki i rozdarte przez ciernia i głazy, padło u stóp pana z Piłcy. A surowy ojciec wziął rękę córki i połączył ją z sędziwą ręką swojego towarzysza...

 

Zdało się marzącej dziewicy, że słyszy pogrzebowy dźwięk dzwonów i że w żałobne ubrana szaty, trzymając syna za rękę, postępuje za trumną człowieka, którego jej serce nigdy nie kochało. — Tłum ludu cisnął się wokoło. — Zbrojne hufce z spuszczonymi dzidami, służalcy z udanym smutkiem szli za ciałem znienawidzonego, a jego wdowa kryła głowę między czarne zasłony, a każdy z otaczających starał się wzrokiem przedrzeć te zasłony i jej łzy wyśledzić, a ona łez wylewać nie mogła i wdowa Granowskiego była jeszcze kochanką Archelda...

 

Zdało się marzącej dziewicy, że w ogromnym kościele stoi wpośród tłumów oświeconych tysiącznymi pochodniami...Pomiędzy mnóstwem osób zapełniających świątynię rozeznała Elżbieta męża z koroną, który siedząc na tronie, rozciągnął berło nad swoim narodem i rzekł do niego: „Obieram poddankę za żonę." ...

 

Powstał mąż z berłem. Zeszedł z tronu i podał rękę córce wojewody. Zabrzmiały muzyczne tony, ozwały się pienia, pochodnie podwojoną błysnęły jasnością, i klękli oboje przed wielkim ołtarzem. Duchowny drugi zbliżył się do drżącej Elżbiety. Po chwili uczuła ciężar unoszący się na splotach własnych włosów; podniosła oczy, a rażący połysk drogiej korony oblał jej twarz anielską, i kochanka Archelda była królową Lechlii...

 Powrót do spisu tresci ↑

Józef Ignacy Kraszewski

Pisarz w "Skrypcie Fleminga" opisującym wydarzenia na drezdeńskim dworze niejednokrotnie przywołuje postać Emerencjanny z Warszyckich Pociejowej ,wnuczki kasztelana Stanisława, późniejszej pani de Montemorency.

...Zarówno nad sercem i umysłem Augusta II, jak nad wszystkimi sprawy ówczesnymi panowały kobiety. Historia całego panowania, całej polityki, wszystkich bohaterów saskich, a po części i polskich tej epoki mieści się w białych dłoniach niewieścich. Piękna Königsmarck użytą jest do traktowania ze Szwedami; królem rządzą z kolei reprezentantki różnych wpływów: Aurora, Esterle, Cosel, Denhoffowa; Egerią feldmarszałka Flemminga jest podskarbina Przebendowska; za każdym z faworytów i ministrów stoi jakaś pani lub ulubienica; cały areopag intrygantek obsiada zamek drezdeński i wikła około niego sieci; w Polsce więcej czuć i widać panią hetmanową Sieniawską i Pociejową niż obu hetmanów. Kobiety władną, rządzą, przez nie dzieje się wszystko, bez nich nic się dokonać nie może...

...Denhoffowa, mała, drobna, delikatna, jak małpeczka siedziała, trzymała się i latała na koniu. Lepiej jeszcze od niej jeździła Pociejowa, hetmanowa litewska, i król mógł mieć u boku dwóch żeńskich adiutantów, co zawsze wielce dlań było przyjemnym. Starsze panie mogły wyjeżdżać powozami i przypatrywać się z daleka wściekłym zapasom bez krwi rozlewu...

...Dzień lipcowy gorący wprawdzie był, ale pogodny, a maleńki wietrzyk, który przybył umyślnie, aby tumany kurzu podnosić, upał czynił prawie znośnym. Widok pułków ustawionych jak do boju, lśniących od srebra i złota, piór i galonów, szczególniej konnych gwardii — był przepyszny. Na wyżynach ustawione działa miały wystrzałami dodawać bitwie złudzenia. Flemming przyjął króla, wyjechawszy naprzeciw ze świetnym sztabem swoim, adiutantami i świtą. Konie czekały na króla i panie, które mu towarzyszyć miały: śmiałą Denhoffową, która króla na krok nie odstępowała, i odważniejszą jeszcze Pociejową, która koniem władała jak prawdziwa hetmanowa. Inne panie, nie mogąc się przebrać za amazonki, przybyły na plac boju powozami i patrzyły z nich ciekawie na tę komedią wojskową. Denhoffowa miała rodzaj mundurku, który jej dosyć był do twarzy. Pociejową - strój polski, z kołpaczkiem i kitą wspaniałą...

...Król z Maurycym Saskim, księżną Cieszyńską, Königsmarck, Denhoffową, Pociejową, księżną Weissenfels zjechał zawczasu. Towarzyszyło mu około dwóchset osób przedniejszych, ale oprócz nich tłum ciekawych i zaproszonych dla przypatrywania się zabawie z daleka. Zrazu i pan podkomorzy Dziubiński był w zachwyceniu; obchodził kramy, w których boginie sprzedawały najpiękniejsze rzeczy w świecie. Słyszał on o księżnie Cieszyńskiej, o Königsmarck, wiedział o Denhoffowej i Pociejowej, że były w łaskach króla, ale trudno mu pojąć było, jak się te niewiasty z sobą godziły i przyjaźniły, jak król zarówno do wszystkich się uśmiechał. Ten rodzaj poligamii jawnej, przeciw której nikt nic nie mówił, jak gdyby była w naturalnym rzeczy porządku, w głowie mu się nie mieścił...

...Pociejową powinieneś był Wasza Królewska Mość przez politykę trochę dłużej zatrzymać i więcej do siebie przywiązać. Baba utrapiona! Małe to, drobne, słabe na pozór, a energią ma szaloną. Tak samo jak niegdyś z Friesenem pędziła do Gdańska pocztylionem, gotowa oklep przelecieć do Drezna, gdy się jej w głowie zakręci.

- A już bym ją tu wolał mieć - rozśmiał się król - niżeli w Wilnie lub Warszawie, gdzie mi buntuje ludzi i z Sieniawską razem hetmanów na sznurku trzyma. Pensją jej odebrać potrzeba.

- Jestem i ja za tym - rzekł Flemming- niech uczuje, że Wasza Królewska Mość wiesz o jej intrygach i pobłażającym nie będziesz dla niej...

...Hetman Pociej przebywał podtenczas w Wilnie, a co dziwniejsza, znajdowała się z nim razem i pani hetmanowa, chociaż małżeństwo najczęściej każde z osobna swoim dworem mieszkało. Przypisać to należało najprzód pilnej potrzebie dozierania hetmana, aby się nie wdał w kompromitujące ze dworem konszachty, następnie mięsopustowi, bo pani hetmanowa bawić się lubiła i była nawykła, a na wsi nigdy mieć nie mogła tylu koło siebie ludzi i tak dobranego towarzystwa, jak w mieście...

...Obyczaje królewskie odbijały się w społeczeństwie: przepych i balowanie stało się koniecznością, szczególniej dla pań, co jak Pociejowa, życia drezdeńskiego i warszawskiego skosztowały...

...Od czasu jednak pacyfikacji ostatniej szło jakoś coraz krzywiej i trudniej. Duszą i ciałem hetman królowi i Flemmingowi rad był służyć, ale mu z pamięci nie wychodziło, jak przed Antonowiczem i Blachą uciekać musiał do Dublina, koniowi tylko zawdzięczając życie. Szlachta była dotąd na Pocieja oburzoną. Pani Pociejowa, za to eksponowanie się mężowskie znajdując się za mało gratyfikowaną ode dworu, burczała na niewdzięczność króla i Flemminga, odwodząc męża od dalszego narażania się na niebezpieczeństwo. Ona i pani hetmanowa Sieniawska właściwie na miejscu swych mężów buławami władały, rej wodziły nie tylko w domu, ale w sprawach publicznych, nie dając ichmościom postawić kroku bez swego przyzwolenia. Powagą i surowością Sieniawska, śmiałością i energią wygrywała Pociejowa...

...Maleńka, drobna, na pozór słaba hetmanowa litewska była jedną z tych kobiet, których nic złamać nie może. Sławna owa jej podróż odbyta z Friesenem konno, pocztą z Warszawy do Gdańska, a stamtąd do Drezna, niczym jeszcze była przy innych wybrykach. Życie, jakie prowadziła, pełne było awantur najosobliwszych. Konia dosiąść, z pistoletu palnąć i w chwili gniewu rzucić się śmiało pomiędzy dobyte szable braci szlachty, wykłócić się, nie obawiając ani rzec, ani usłyszeć najgrubszego słowa - było dla niej chlebem powszednim. Nie mogła żyć ani długo wytrwać w spokoju, potrzebowała intrygi jak ryba wody, plotek jak ptak powietrza; cały dzień usta się jej nie zamykały. Grała szalenie, rzucała pieniędzmi jak plewą, tak samo jak z nimi, postępując z ludźmi, których do największych łask przypuszczała od razu i z równą łatwością pozbywała się jednym słowem. Lubiła się dziwacznie stroić, chodziła chętnie po męsku, przebierała się po wojskowemu, szukała coraz nowej rozrywki, a starszy dużo mąż, który by jej na żaden żywy sposób powstrzymać nie był w stanie, nawet się o to nie kusił. Miała swobodę zupełną. Dokazując, co chciała, i nie troszcząc się wielce o niego, pani Pociejowa panowała nad nim i energią go przechodząc, prowadziła, jak się jej podobało. Przekonaną była, że mąż winien jej wszystko...

...W progu stała pani hetmanowa, maleńka kobiecina nie pierwszej młodości, z resztkami wdzięku w zmęczonej twarzyczce, która musiała być bardzo piękną, ale z niej tylko teraz zostały ogniste oczy, maleńkie usta zwiędłe, ostry nosek i płeć ubielona. Na zmarszczonym czole wyraz oburzenia i gniewu jeszcze był widoczny. Ubrana w paradną suknię ranną z tureckiej materii kwiecistej i pstrej, we fryzurze dosyć zaniedbanej na głowie, z koronkowymi, w nieładzie około szyi trochę pomarszczonej kołnierzykami, hetmanowa w jednej rączce chudej trzymała coś na kształt kija. Był to cybuch wiśniowy turecki, bo pani Pociejowa, jak wiele śmielszych pań, co na dworze saskim żyły z królem w poufałości (jak później młoda i piękna Orzelska) - o zgrozo! - fajkę się palić nauczyła...

Ten sam autor opisuje wielokrotnie  Emerencjannę w "Hrabinie Cosel":

Pani Pociejowa przypominała sobie jakiegoś hrabiego Friesena. Po obiedzie młode panie wyrwały się z młodzieżą na konną przejażdżkę gdyż obiedwie namiętnie lubiły hasać i dokazywać na koniach..

...Bawiono do późna. Pociejowa i Denhoffowa śpiewały .. Ponieważ panie Denhoffowa i hetmanowa Pociejowa, i matka ich marszałkowa Bielińska, wszystkie bardzo lubiły muzykę, i śpiewały arie włoskie, opera je najczęściej do pół wieczora zajmowała...[ * ]

...Na dzień następny naznaczona była maskarada z jarmarkiem. Denhoffowa miała być jedną z gospodyń, marszałkowa i pani Pociejowa także.. w trzech straganach naprzeciwko ratusza ustawionych, z których średni przystrojony był na wzór neapolitańskich Aqua fresca, siedziały pani Pociejowa, przy której służbę odprawiał, z gitarą na wstążce, stojący przy niej hrabia Friesen, pani marszałkowa Bielińska przebrana za wenecjankę, przy której stał na straży Montargon, i pani Denhoff w neapolitańskich kobiet stroju ,cała okryta klejnotami...

...Sześć najprzód pułków wyszło w pole - mówił przybyły - cała królewska lejbgwardia konna użytą była. Na wyżynach ustawiono działa i wojska tak rozporządzono, ażeby dwór miał widowisko prawdziwej wojny. Jakoż udało się wszystko przepysznie. Rozdzielone pułki postępowały dając ognia, nacierając, a choć oprócz kilku wywróconych i podeptanych nikomu się nic nie stało, można było przysiąc z dala, że bitwa była najzaciętsza i przelew krwi okrutny. Król przypatrywał się temu igrzysku, z jednej strony mając przy sobie Denhoffowę. z drugiej — hetmanowę Pociejowę. obie konno jako amazonki. Otaczał go cały dwór na pysznych rumakach. Reszta dam w poszóstnych powozach patrzała nie wysiadając z nich. a był cały świat niewieści.

Cosel uśmiechnęła się szydersko.

- Teraz mu dwie towarzyszy - rzekła - widoczny postęp, a w odwodzie ta ariergarda w powozach. O, rzeczywiście, to wspaniale i po królewsku! Van Tinen zniżył głos.

- W istocie te dwie - dodał - nie są wcale o siebie ani o nikogo zazdrosne. Ale wracam do mojego opisu - począł znowu - nie opodal rozbite były wspaniałe namioty. Pod jednym z nich król obiadował, mając przy sobie Denhoffowę. Pociejowę, Bielińską i co najprzedniejsze osoby z towarzystwa...

* Kraszewski namieszał w powieści w genealogii Pociejowej. Emerencjanna Pociejowa, córka Stanisława Warszyckiego, miecznika koronnego, wnuczka Stanisława, kasztelana krakowskiego, nie była siostrą Marii Denhoffowej. Maria Anna Dehoffowa była córką marszałka K.L. Bielińskiego i Ludwiki Marii Morsztyn.

  Powrót do spisu tresci ↑

Tomasz Mann

W 1971 roku Władysław Moes wybrał się do kina. Wyświetlano dzieło sławnego, włoskiego reżysera Luchino Viscontiego. Sędziwy twórca sfilmował opowiadanie Tomasza Manna „Śmierć w Wenecji”.Visconti był zafascynowany twórczością Manna."Śmierć w Wenecji", napisana w roku 1920 jest jednym z najbardziej tragicznych i posępnych utworów Tomasza Manna. Nowelka opowiadała o niemieckim pisarzu Gustawie von Aschenbach, który doświadczony losem i zmęczony pracą wybrał się na odpoczynek do Wenecji.W Grand Hotelu na Lido spotyka polską rodzinę, a wśród niej ślicznego chłopca, którego widok wywołuje w nim nieznane dotąd uczucia. Dotarło do niego, że piękno można również odbierać poprzez zmysły i uczucia.

"Ze zdumieniem zauważył Aschenbach, że chłopiec jest skończenie piękny. Twarz jego zamknięta, blada i pełna wdzięku, otoczona włosami barwy miodu, z prostolinijnym nosem, miłymi ustami, z wyrazem uroczej i boskiej powagi, przypominała rzeźby greckie z najszlachetniejszej epoki i przy czystej doskonałości formy posiadała tak niepowtarzalnie osobisty czar, że widz miał wrażenie, iż ani w naturze, ani w plastycznych sztukach nie spotkał nic równie szczęśliwie udałego. [...] Jego włosy przylegały w pierścieniach do skroni i karku, słońce oświetlało puch  górnej części grzbietu, a delikatny rysunek żeber, harmonijna budowa klatki piersiowej zaznaczały się pod obcisłym okryciem tułowia, pachy były jeszcze gładkie jak u posągu, zagłębienia pod kolanami lśniły i ich błękitne żyłkowanie sprawiało, że ciało chłopca zdawało się utworzone z jaśniejszego materiału. [...]"

Aschenbach zakochuje się w pięknym chłopcu. Przesiaduje godzinami na plaży, chcąc być jak najbliżej niego;

Był tak bardzo wstrząśnięty, że zmuszony był unikać światła tarasu, ogródka przed domem i szybkim krokiem szukał cienia w parku za willą. [...] I podany w tył, z opuszczonymi ramionami, pokonany i wstrząsany dreszczem, szeptał starą formułę tęsknoty - niemożliwą tu, niedorzeczną, niegodziwą, śmieszną, a jednak świętą, czcigodną jeszcze i tutaj: "Kocham cię!" "

Uczucia wobec chłopców odgrywały dużą rolę w całym jego życiu i w całej jego twórczości. Jego pierwszą miłością było uczucie do szkolnego kolegi, Armina Marntensa:

"Ja tego chłopca kochałem - to była rzeczywiście moja pierwsza miłość, i nigdy nie było mi już sądzone uczucie równie tkliwe, równie uszczęśliwiające i bolesne. Czegoś takiego nie zapomina się, choćby minęło od tego czasu siedemdziesiąt lat, bogatych w przeżycia.

Własny syn, Eissi, wzbudzał w nim niezupełnie ojcowski zachwyt:

"Wczoraj wieczorem zauważyłem światło sączące się przez zamknięte oszklone drzwi z części domu zajmowanej przez dzieci [...]. Okazało się, że Eissi leżał na łóżku, fantastycznie obnażony. [...] Ktoś taki jak ja oczywiście "nie powinien" mieć dzieci..."

Tomasz Mann darzył wielkim uczuciem swojego wnuka, Fridolina,który był być może pierwowzorem dla jednego z bohaterów Doktora Faustusa,Nepomuk Schneidewein,"księcia elfów",  

"Jestem zupełnie zakochany w tym ślicznym, zawsze pogodnym i promieniującym zdrowiem chłopczyku. [...] Rozkoszny Frido, który jeszcze wypiękniał od poprzedniego razu, co dzień wprawia mnie w nowy zachwyt."

Władysław Moes rozpoznał w filmowym bohaterze siebi.Filmowy Tadzio to był on-smukły, śliczny chłopczyk z długimi, puszystymi blond włosami. Ubrany w marynarskie ubranko, zgodnie ówczesną z modą, spacerował po zaułkach i plażach Wenecji.Wiosną 1911 r. Tomasz Mann zatrzymał się z żoną w Lido w Hotel des Bains. W tym samym czasie zatrzymała się tu również rodzina Moesów "składająca się z pięknej i dostojnej matki, trzech kilkunastoletnich córek, jedenastoletniego synka i towarzyszącej im nauczycielki".

Opowiadanie Manna wzbudziło podejrzenie cenzorów zaraz po ukazaniu się w 1912 roku. Angielska wersja „Śmierci w Wenecji” została pozbawiona fragmentów, które w opinii cenzury zbyt śmiało mówiły o uczuciach starego Aschenbacha wobec młodziutkiego Tadzia. Wraz z upływem czasu zastrzeżenia cenzorów straciły swoje podstawy i obecnie badacze podkreślają motyw przemijania czasu i tęsknoty za utraconą młodością w obliczu czyhającej śmierci jako dominujący w opowiadaniu. Władysławowi Moesowi nie dane było więcej zobaczyć Wenecji. Kiedy wybierał się tam w latach 70-tych wybuchła we Włoszech epidemia cholery. Przedziwnym zbiegiem okoliczności była to ta sama choroba, która na początku XX-wieku spowodowała śmierć poety von Aschenbacha i przeniosła Tadzia do historii literatury.

Życiorys Władysława Moesa jest pełen niejasności.Przedstawiam poniżej informacje do których dotarłem nie gwarantując ich pełnej wiarygodności.

Władysław Gerard Moes był synem Juliana Aleksandra Moesa i Janiny Joanny Miączyńskiej.Urodził się około 1900 roku.Był uczniem Koła Szkolnego im. św. Stanisława Kostki [późniejszego Gimnazjum Męskiego im. św. Stanisława Kostki]. 10 lipca 1920 roku na dziedzińcu szkoły odbył się uczniowski wiec rekrutacyjny do Wojska Polskiego. Najmłodsi ochotnicy mieli ok. 16 lat. Zgłosili się także maturzyści z roczników 1915-1920. W historii szkoły znalazłem informację,że wśród uczniów tej szkoły odznaczonych za bohaterstwo orderem wojskowym Virtuti Militari był maturzysta z roku 1911 Władysław Moes. Niestety nie udało mi sie potwierdzić tej informacji w dokumentach. W latach 1930-1939 był nadzyczajnym członkiem Strzelca. W 1928 roku odziedziczył po ojcu majątek Udórz-dwór, folwark i stadninę.Sporo przebywał w Krakowie i w Warszawie, zajmował się polityką.Był żołnierzem WP.Brał udział w Akcja Zaolzie oraz w Kampanii Wrześniowej, po której,jak twierdzą starzy mieszkańcy Udorza i Żarnowca,dziedzic,podporucznik rezerwy, dostał się do niewoli i przebywał w Oflagu w Rzeszy.Władysław Moes otrzymał 20 września 1939 Krzyż Walecznych. W czasie okupacji był członkiem AK VII Obwodu Okręgu Warszawskiego AK "Obroża".Ożenił się z Anną Teresą Belina-Brzozowską,która rzuciła po ślubie pracę zawodową i zarządzała,liczącym 430 hektarów majątkiem męża.Władysław Moes zmarł w roku 1986.Pochowany został na cmentarzu na Górze św.Piotra.

 Powrót do spisu tresci ↑

Henryk Sienkiewicz

W kilku scenach w "Trylogii" pojawia sie kasztelan Stanisław Warszycki:

...ponieważ wiedziano, że i tak w klasztorze był znaczny zapas podobnych narzędzi, wnet też poczęto gadać po całym mieście, że klasztor rychłego oczekuje napadu. Coraz nowe rozporządzenia zdawały się potwierdzać tę pogłoskę. Pod noc dwustu już ludzi pracowało wedle murów. Ciężkie działa przysłane jeszcze przed oblężeniem Krakowa przez pana Warszyckiego, kasztelana krakowskiego, w liczbie dwunastu, osadzono na nowych lawetach i rychtowano odpowiednio.Z lamusów klasztornych zakonnicy i pachołkowie wynosili kule, które układano w stosy przy armatach; wytaczano jaszcze z prochem, rozwiązywano snopy muszkietów i rozdawano je między załogę. Na wieżach i narożnikach stanęły straże, mające dawać dniem i nocą pilne baczenie na okolicę; oprócz tego ludzie wysłani na zwiady rozesłali się po okolicy do Przystajni, Kłobucka, Krzepic, Kruszyny i Mstowa...

[Potop t.2,Rozdz.13]

...Sadowski był żołnierz śmiały i popędliwy, a że znał swoją wartość, więc obrażał się łatwo:

- Ani słowa nie powiem więcej! - rzekł wyniośle.

Millera z kolei obruszył ton, jakim powyższe słowa były powiedziane.

- Ja też waszmości o więcej nie proszę! - odpowiedział - a do narady wystarczy mi hrabia Weyhard, który ten kraj zna lepiej.

- Zobaczymy! - rzekł Sadowski i wyszedł z izby.

Weyhard rzeczywiście zastąpił jego miejsce. Przyniósł on list, który tymczasem odebrał od pana krakowskiego Warszyckiego, z prośbą, aby klasztor zostawiono w spokoju; lecz z listu tego nieużyty człek wydobył wprost przeciwną radę.

- Proszą się - rzekł Millerowi - zatem wiedzą, iż się nie obronią! W dzień później pochód na Częstochowę był w Wieluniu postanowiony.

Nie trzymano go nawet w tajemnicy, skutkiem czego z wieluńskiego konwentu o. Jacek Rudnicki, profos, mógł wyruszyć na czas do Częstochowy z wiadomością. Biedny zakonnik nie przypuszczał także ani przez chwilę, aby jasnogórcy mieli się bronić. Pragnął ich tylko uprzedzić, by wiedzieli, czego się trzymać, i uzyskali dobre warunki....

[Potop T.2 Rozdz.14]

...Wieści z kraju już były ożywiły nadzieje tych exulów i wielu gotowało się do zbrojnego powrotu. W całym Śląsku, a zwłaszcza w księstwach raciborskim i opolskim, gotowało się jak w garnku; posłańcy latali z listami do króla i od króla do pana kasztelana kijowskiego, do prymasa, do pana kanclerza Korycińskiego, do pana Warszyckiego, kasztelana krakowskiego, pierwszego senatora Rzeczypospolitej, który ani na chwilę nie opuścił sprawy Jana Kazimierza.Panowie ci, w porozumieniu z wielką królową, niezachwianą w nieszczęściu, porozumiewali się i ze sobą, i z krajem, i z przedniejszymi w nim ludźmi, o których wiedziano, że radzi by do wierności prawemu panu powrócić. Swoją drogą słał gońców i pan marszałek koronny, i hetmani, i wojsko, i szlachta gotująca się do chwycenia za broń...

[Potop t.2,Rozdz.20]

...Co wiem, pewnie tego nie ukryję. W Wielkopolsce Żegocki i Kulesza dokazują. Pan Warszycki Lindorma z zamku pileckiego wysadził, Danków się obronił, Lanckorona w naszym ręku, a na Podlasiu pan Sapieha pod Tykocinem co dzień w siłę rośnie. Gorzeją już Szwedzi w zamku, a z nimi razem zgorzeje i książę wojewoda wileński. Co do hetmanów, ci się już spod Sandomierza w Lubelskie ruszyli, jawnie tym okazując, że z nieprzyjacielem zrywają. Jest tam z nimi i wojewoda czernihowski, a z okolicy ciągnie ku nim, kto żyw i kto szablę w garści utrzymać może. Powiadają, że się tam ma jakiś związek przeciwko Szwedom formować, w czym i pana Sapiehy jest ręka, i pana kasztelana kijowskiego...

[Potop t.2,Rozdz.25]

...Ale pan hetman Sobieski rozochocił się i mówił dalej:
-Mistrz z was, panie bracie, mistrz prawdziwy. Znaleźliście też kiedy równego sobie w tej Rzeczpospolitej?
-W szabli - odpowiedział zadowolony z pochwały Zagłoba - Wołodyjowski mnie doszedł. A i Kmicica poduczyłem też nieźle.
To rzekłszy zerknął na Bogusława, ale ten udał, że nie słyszy, i rozmawiał pilnie z sąsiadem.
-Ba! - rzekł hetman. -Wołodyjowskiego nieraz przy robocie widziałem i ręczyłbym za niego, choćby o losy całego chrześcijaństwa chodziło. Szkoda, że takiego żołnierza jakoby piorun uderzył.
-A co mu się stało? - spytał Serbiewski, miecznik ciechanowiecki.
-Dziewka mu umiłowana w drodze, w Częstochowie, zmarła- odpowiedział Zagłoba - i to najgorzej, że znikąd nie mogę dowiedzieć się, gdzie on się teraz znajduje?
-Przez Bóg! - zawołał na to pan Warszycki, kasztelan krakowski. -Toż ja ciągnąc do Warszawy napotkałem go w drodze również tu jadącego i przyznał mi się, że obrzydziwszy ten świat i jego vanitates, na Mons regius się wybiera, aby w modlitwie i rozmyślaniach stroskanego żywota dokończyć.
Zagłoba porwał się za resztki czupryny.
-Kamedułą został, jak mi Bóg miły! - zakrzyknął w największej desperacji.
Jakoż wiadomość pana kasztelana na wszystkich niemałe uczyniła wrażenie...

[Pan Wołodyjowski]

Na kartach Pana Wołodyjowskiego pojawia się Gabriel Silnicki:

Rozdział VIII

[...] Pan Michał przedstawił młodego przyjaciela siostrze i Krzysi Drohojowskiej, a ów ujrzawszy drugą pannę, chociaż w odmiennym rodzaju, lecz równie niepośledniej urody, zmieszał się po raz wtóry; pokrył to jednak ukłonem i dla dodania sobie fantazji ręką do wąsów, które mu jeszcze nie rosły, sięgnął. Zakręciwszy tedy palcami nad wargą, zwrócił się do Wołodyjowskiego i opowiedział mu cel swego przybycia. Pogarda , Robak, WrógOto pan hetman wielki pilnie pożądał widzieć małego rycerza. O ile pan Nowowiejski się domyślał, chodziło o jakąś funkcję wojskową, hetman bowiem odebrał świeżo kilka listów, mianowicie od pana Wilczkowskiego, od pana Silnickiego, od pułkownika Piwo i od innych komendantów na Ukrainie i Podolu rozrzuconych, z doniesieniami o krymskich wypadkach, które nie zapowiadały się pomyślnie [...]

Rozdział VIII

[...] Ojczyzna, Poświęcenie, ŻołnierzTego samego dnia oznajmił się mały rycerz u hetmana, który kazawszy go zaraz puścić rzekł mu:

— Muszę Ruszczyca do Krymu wysłać, aby patrzył, na co się tam zanosi, i aby u chana o dotrzymanie paktów kołatał. Chceszli na nowo wstąpić do służby i komendę po nim objąć? Ty, Wilczkowski, Silnicki i Piwo będziecie mieć oko na Dorosza i na Tatarów, którym nigdy zupełnie ufać nie można. Pan Wołodyjowski posmutniał. Przecie oto kwiat wieku przesłużył. Przez całe dziesiątki lat spokoju nie zaznał; żył w ogniu, w dymach, w trudzie, w bezsenności, głodzie, bez dachu nad głową, bez garści słomy do snu. Bóg wie, jakiej krwi nie toczyła już jego szabla. Ni się ustalił, ni się ożenił. Stokroć mniej zasłużeni pożywali już panem bene merentium[129], dochodzili do honorów, urzędów, starostw. On bogatszym począł służyć, niż był teraz. A jednak oto zachciano na nowo nim zamiatać jak starą miotłą. Przecie i duszę miał rozdartą na dwoje; za czym zaledwie znalazły się słodkie i przyjazne ręce, które poczęły mu rany obwiązywać, już mu kazano zrywać się i lecieć na pustynne, dalekie brzegi Rzeczypospolitej bez względu, że on znużon tak bardzo na duszy. Toż gdyby nie owe zrywania się i służby, byłby się nacieszył choć parę lat swoją Anusią [...]

Epilog

[...] Z mniejszych zaś — nie męstwem, ale znaczeniem — wojowników był pan kasztelan podlaski Łużecki, któremu brata w Bodzanowie Turcy ścięli, za co im wieczną zemstę poprzysiągł; był pan Stefan Czarniecki, wielkiego Stefana synowiec, pisarz polny koronny. On w czasie oblężenia Kamieńca, pod Gołębiem na czele hassy szlacheckiej po stronie króla stojąc, ledwie że wojny domowej nie wzniecił, teraz zaś męstwem pragnął na lepszym polu zabłysnąć. Był pan Gabriel Silnicki, któremu wiek życia zszedł na wojnach, a starość ubieliła już głowę; byli różni inni wojewodowie i kasztelanowie, mniej z poprzednich wojen znani, mniej sławni, lecz tym bardziej sławy chciwi [...]

 

  Powrót do spisu tresci ↑

Adolf Dygasiński

W jednym z numerów krajoznawczego czasopisma „Ziemia” znalazłem opis wizyty w Smoleniu:

Wogóle żaden ze zwiedzanych przeze mnie starych zamków nie sprawia na widzu takiego wrażenia siły i trwałości jak smoleński. Jakkolwiek pozostały tu tylko mury otaczające i baszta ,ale cóż to za mury! Ta baszta sterczy na mało dostępnej skale, a kamienie w niej tak równe i gładkie i foremnie ułożone jak gdyby to kto dopiero co postawił.

Podpis głosił ,że autorem tekstu jest Adolf Dygasiński. Dygasiński pisywał między innymi do pism geograficzno-krajoznawczych „Wędrowiec” i „Ziemia” więc tematyka krajoznawcza nie była mu obca. Był też emocjonalnie związany z Jurą. Tu rozgrywały się akcje jego powieści: "Narzeczona z Ojcowa", "Zamek w Ojcowie","Gody życia" i zaginionego utworu "Szwagrowie", którego akcja toczyć się miała w Sułoszowej. Był pomysłodawcą utworzenia spółki ,która miała wykupić i uratować zamek w Pieskowej Skale. W świetle tych informacji jego obecność w Smoleniu nie może dziwić. Jednak zmarł on w roku 1902 a tekst został wydrukowany w dziewięć lat później. Czy autorem jest znany pisarz czy też zbieżność imienia i nazwiska jest przypadkowa? Może to syn? W oficjalnej biografii znalazłem jednak informacje że:

W 1872 roku odbył się ślub Dygasińskiego z Natalią Wyszkowską. Owocem małżeństwa było kilkoro dzieci, z których jedynie Zofia dożyła wieku dojrzałego.

Być może więc to córka Adolfa Dygasińskiego,Zofia Wolertowa,która po śmierci ojca wydała kilka opracowań dotyczących jego życia i twórczości ,przekazała do druku opis wizyty w Smoleniu.

  Powrót do spisu tresci ↑

Kazimierz Gliński

Urodził się 13 czerwca 1850r. w Wasylówce koło Kijowa. Pochodził ze zubożałej rodziny ziemiańskiej. Był synem Ludwika Glińskiego oraz ojcem Mieczysława Glińskiego. Szkołę średnią ukończył w Berdyczowie. W 1868 rozpoczął studia na wydział historyczno-filologiczny Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1873 roku przeniósł się z Krakowa do Warszawy. Wielokrotnie przebywał w Nałęczowie u syna, który był lekarzem. Zmarł 1 stycznia 1920 w Nałęczowie. Pisarza upamiętnia tablica umieszczona na budynku zarządu Spółki Zakładu Leczniczego. Został pochowany na miejscowym cmentarzu. Był autorem szeregu powieści historycznych, dramatów i zbiorów poezji. Pierwsze poezje drukował w czasopiśmie krakowskim "Kalina" oraz w lwowskiej "Strzesze". Tworzył również pod pseudonimem Kazimierz Poroh. Jest autorem liczącej ponad trzysta stron powieści "Stare Lwy", której akcja toczy się między innymi w zamkach na Smoleniu i w Ogrodzieńcu. Powieść była drukowana w odcinkach w 1912 r. w warszawskim czasopiśmie "Złoty róg. Ilustrowany tygodnik literacki artystyczny i społeczny".W następnym roku została wydana przez wydawnictwo Gebethnera i Wolfa.

Fragment powieści "Stare lwy":

Łatwo może było trafić do Smolenia, ale wydobyć się z przepaści, ponad którą zwisało orle gniazdo pana Nikodema, i dostać się do wrót gdzieś ukrytych, mógł tylko człowiek dobrze z miejscowością tą obeznany i znający tajemnicze wejścia i wyjścia, szukający zresztą gościny lub przytułku nie w nocy, ale w dzień biały. Prawda, że księżyc wysadził się już był wysoko na niebo i blaskiem pełnym osrebrzył wszystkie zakątki lasu i skalnych rozpadlin — ale jednocześnie cienie pogłębił, tajemniczością owiał załomy wszystkie i przepaście, głazom i skałom nadał kształty potworów, siedzących cicho a groźnie, czyhających na śmiałka w królestwo ich wchodzącego. Blask miesięczny, łamiąc i wykrzywiając te cienie, nieraz wzrok łudził, niby szalbierz wierutny: pokazywał otchłanie tam. gdzie ich nie było, na ścieżce uczęszczanej nieprzebyte zapory stawiał z kosmyków traw rozczochranych, nadając im wygląd larw albo wiedźm łysogórskich.

Nieznajomy rycerz, choć trzymał się wskazówek, danych mu przez napotkane w lesie pacholę, zwątpił już był o możności dostania się do zamku pana Smoleńskiego, raz nawet w taki labirynt skał się zaplątał,że niepodobieństwem mu się wydało, by mogła tu być jaka siedziba ludzka. Ale, oto jakieś gwary i głosy zmieszane ludzkie i nieludzkie, bo psi skowyt, rżenie ogierów, parskanie nozdrzy, łomot kopyt, szczęk mieczów, wrzaski i krzyki i jakiś lament jękiem bolesnym a jednostajnym, rozdzierający powietrze, - to wszystko mieszało się razem, kotłowało, przelewało się i czyniło wrażenie jakiegoś przedpiekla i grozą napełniało zabłąkanych w onej puszczy wędrowców. Młody rycerz nie zastrachał się jednak. Przeciwnie, z jakąś otuchą spojrzał przed siebie. To, co słyszał, do zrozumienia mu dało, że się znajduje gdzieś w pobliżu jaskini »starego-wilka«, który snadź do dom z ponocnej jakiejś wyprawy wracał. Nie patrzył już tedy na oświetlające mu drogę promienie księżyca, jeno kierował się na te głosy, na ten gwar, przez oddalenie stłumiony, który potężniał, rósł, aż stał się tak wyraźny, że każdy psa skowyt, każde chrapnięcie nozdrzy końskich, niemal wyraz każdy, w powietrze rzucony, ucho w całości chwytało i byłoby wszystko zrozumiałe, gdyby nie ten jęk jednostajny i jednotonny, który z pośród chaosu dźwięków innych, właściwych zresztą każdej rycerskiej wyprawie, nie wylatał z takim

lamentem okrutnym i najsilniejszymi nerwami nie targał. W kotlinie, nad którą zwisał, niby gniazdo orle do skał przyczepione, zamek smoleński, a oświetlonej pochodniami smolnemi, z któremi tu i tam uwijali się pajucy dworscy wrzało jak w garnku. Kilkudziesięciu jeźdźców zbrojnych, jednocześnie trzymających na smyczy psy i ludzi jakichś, których ręce skrępowane były z tyłu powrozami darło się na głos, drogę sobie wśród ciżby na górę zamkową torując. Jedni śmieli się i gaworzyli wesoło, snadź o wyprawieudałej; inni ziewali głośno i wyciągali członki znużone albo pociągali za palce aż w stawach trzaskały, ci wyśpiewywali piosnki jakieś wyuzdane a inni klęli i w mać tatarską łajali. Psy ujadały, źrebce gryzły się, a tłum pachołków uderzał siekierami w wozy ładowne, rozbijał koła, druzgotał osie, z wnętrza zaś wydobywał całe postawy płócien i sukien, wielkie zwoje jedwabiu i hatłusu, skóry zacnie wyprawne i szuby drogie, a człek jakiś, w stroju błazeńskim, siedział na gałęzi gruszy dzikiej, nad studnią rosnącej i głowę w obie dłonie ująwszy, kołysał się w lewo to w prawo, zawodząc:

- Ajjj-wajjj!...

Wołanie ono, jakiem nieszczęściu ludzkiemu przedrzeźniał, rozchodziło się długim lamentem po lesie i do szalonego śmiechu pobudzało tłum bezecny. Nie trudno było odgadnąć młodemu panu, że »stary wilk« napadł gdzieś na wozy kupieckie i złupił. Praktykowało się to w ziemiach niemieckich, ale w Polsce wyjątkiem było, tak, że ludzie zagraniczni chwalili we wspominkach swoich ona zacność ziemi piastowskiej. Ograbionymi byli żydzi, których przytroczono do siodeł libo na sfory pobrano i wraz z psami gnano do zamku na uciechę wyuzdanego tłumu, a głupi błazen niedoli tej urągał, siedział na gruszy studziennej i zawodził długim, przeciągłym lamentem:

- Ajjj-wajjj!...

Wtem gałąź pękła i bezecnik runął w głąb studni. Tłum ryknął śmiechem.Spuszczono wiadro i ciężko potłuczonego wydobyto z głębiny stułokciowej.

- A - podłe żydy!... - wyjęczał. - Eunuchów z nich porobię, jakem syn swojej macierzy, bo oćca nie jestem pewien!... - zaklął.

Znowu ryk śmiechu -

Słyszał to rycerz nieznajomy i mruknął przez zęby:

- Podlec!...

Wcisnął się w tłum, pchający się do wrót zamkowych a że strojem nie odróżniał się nic prawie od drużyny "starego wilka", (bo każdy z onej hałastry miał miecz przy boku, nóż za pasem, topór pod nogą i wilczurę na plecach) - niczyjej więc uwagi zrazu nie zwrócił i wtłoczył się wraz ze wszystkimi do wnętrza zacieśnionego dziedzińca, dziwiąc się trochę, że wódz onej zgrai, który na czele jechał, poprzedzony przez karła, niemiłosiernie w bęben walącego, cale nie był podobny do rysopisu pana na Smoleniu, podanego mu przez ono pacholę leśne.

 

 Powrót do spisu tresci ↑

Władysław Strumski

Władysław Strumski jest autorem powieści history­cznych. Akcja wydanej w 1984r. książki "Synowie rycerza ze Zwodowa" rozgrywa się  w latach 1352-1358 na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej, w bliskim otoczeniu króla Kazimierza Wielkiego. Bohaterami są trzej synowie rycerza Macieja ze Zwodowa. Na kartach powieści kilkakrotnie pojawia się postać Ottona z Piliczy.

Dosiadłszy koni Sędziwój wiódł swoich znowu wielkim łukiem, omijając obóz Kiejstuta, na spotkanie z głównymi siłami. Po drodze od schwytanych w jeństwo Litwinów dowiedziano się, że Kiejstut zwinął oblężenie Włodzimierza i dąży m Podlasie. Wynikało z tego, że fortel się udał i stary lis tym razem został przechytrzony. Była to jednak radość przedwczesna. Kiejstut zaprzestał istotnie oblegać gród i nawet odskoczył na kilka mil, ale ni stąd, ni owad znowu wrócił i niechejąc grodu,szukał sposobności do bitwy.

Zaledwie polskie oddziały połączyły się, gdy przyszły wieści, jako wojska litewskie są ledwie o trzy mile. Miedzy nimi a siłami polskimi był po staremu Włodzimierz.

Pan z Pilczy nie zastanawiał się. Zasilił miasto posiłkami i spyżą i zająwszy dogodną pozycję czekał na rozwój wypadków. Niedługo zresztą. Tegoż samego dnia pod wieczór nadbiegli gońcy, donosząc o zbliżaniu się jakichś wojsk. Tym razem z południa. W pierwszej chwili wodzowie polscy przypuszczali, że mogą to być swoi, ale ich nadzieje prędko rozwiał stary Wit z Mokrego. Przyszedł nie wzywany do starosty i rzekł:

— Nie jest dobrze, panie.

W namiocie oprócz gospodarza znajdował się Sędziwój i Staszko z Zelechowa. Tych ostatnich nieoczekiwane wejście nie znanego im rycerza zdumiało wielce. Jednak starosta ruski wiedząc, kim był dobry rycerz Wit, nie zdziwił się wcale, lecz zachował się tak, jakby ów przybył na jego wezwanie. Wskazał mu stołek i rozkazał:

— Prawcie!

— Lubart idzie k' nam wielkimi pochodami. Kiejstut już wie o nim i Jtemu się wrócił z drogi na Podlasie. Chcą nas wziąć w kleszcze.

— Jakże? — wtrącił się Sędziwój. — Wżdy Lubart miał na Grody Czerwieńskie uderzyć.

— Miał, ale zmienił zamiar. Może go zresztą Kiejstut do tego nakłonił, abart go słucha we wszystkim jako starszego.

Pan starosta wstał ze swego miejsca i założywszy w tył ręce, zaczął się chadzać po namiocie. Zmarszczone czoło i wyraz powagi na twarzy wskazywały na głębokie zamyślenie. Obecni milczeli, bo i prawdę rzekłszy nie bardzo wiedzieli, z czym wystąpić. Trwało to sporą chwilę, w końcu Otto z Pilczy przerwał wędrówkę i do Wita się zwrócił:

— Jak daleko jest Lubart i ilu ludzi wiedzie?

— Ma sześć tysięcy wojów. I to prawie samej jazdy. Idzie szparko. We i dni może tu być. I jeszcze jedno. Krzyżacy zrezygnowali w tym roku [...]

— Co myślicie, starosto? — zapytał Sedziwój.

— Gdybym miał pewność, że Lubart da nam pole, ruszyłbym mu naprzeciw i rozbił go w puch. Ale on niegłupi, wie, jako naszemu rycerstwu nie dotrzyma placu, będzie więc nas zwodził aż do nadejścia Kiejstuta, a obydwu nie poradzim.

— Co więc uczynim?

— Jeszcze nie wiem. Przeklęte krzyżackie węże! — wybuchnął nagle. — Co roku lezą w litewskie ziemie, by palić, niszczyć, mordować. Ale ninie nie pójdą, żeby Litwinom dać wolną rękę w wojnie z nami. Wszystko, co wyczyniają ci słudzy zaiste szatana, wymierzają w nas. Oby ich zaraza morowa wytraciła! — Pan na Pilczy porwał kubek i wychylił go jednym tchem. Mimo to upłynęła spora chwila, nim się uspokoił.

Kasztelan nie dziwił się nagłemu atakowi gniewu, jakiemu uległ przy­jaciel. Pamiętał dobrze — bo któż mógł o tym w Polsce zapomnieć — wszystkie łotrostwa i przeniewierstwa Zakonu, a szczególnie ich zdradziec­ką napaść łońskiego roku, gdy się przeciw Litwie szykowali, a przez Krzyżaków musieli przerwać z takim trudem i nakładem wielkich kosztów przygotowaną wyprawę.

— Widzi mi się — podjął już spokojnym głosem starosta — że najwłaściwszym wyjściem będzie podział naszych sił. Ja z wszystką piechotą i trzema-czterema lekkimi chorągwiami zamknę się we Włodzi­mierzu, a ty, kasztelanie, z resztą będziesz dokuczał Litwinom, by mnie zbyt długo w oblężeniu nie trzymali.

— A pewneż to, że przystąpią do wtórego oblężenia grodu? — zapytał milczący do tej pory Staszko z Źelechowa.

— Jeno po to się wyprawili, żeby Włodzimierz dobyć — powiedział W* z Ał Vrego.

j_„,i tak, to nie ma co myśleć — ozwai się Sedziwój. — Musicie się pośpieszyć, żeby was Kiejstut nie uprzedził.

— Wyruszam zaraz. Dajcie znać królowi co i jak...

[...]

Pan starosta ruski po przeczytaniu biskupiego, a raczej królewskiego pergaminu — biskup pisał w imieniu króla — zadumał się głęboko. Przyzwyczaił się do różnych zaskakujących pociągnięć Kazimierza, ale to było mu wyraźnie nie w smak. Nie dalej jak trzy tygodnie temu władca nakazał im walkę do ostatniego tchnienia, opór za wszelką cenę, ninie zaś me unikać bitew z Litwą, zacząć układy z Kiejstutem

Pan z Pilczy srodze łeb sobie łamał nad tą gwałtowną zmianą woli królewskiej Nie myślał jednak o sprzeciwie. Po pierwsze, król tego nie znosił. po wtóre, wiedział z doświadczenia, jako niezrozumiałe niejedno­krotnie dla innych decyzje królewskie okazywały się — o dziwo — jedyne i zbawienne dla kraju. Dzięki temu król pozyskiwał sobie zaufanie nie jeno panów rady, ale i szerokich kręgów rycerstwa, nie mówiąc już o miesz­czanach i chłopach, którzy nie tyle wierzyli królowi, ile wierzyli w króla. Doszedłszy do tego punktu, starosta zaczął przemyśliwać nie nad tym, czy dokonać, lecz jak to zrobić. W tych rozważaniach tonął przez sporą chwilę, aż przerwał je pachołek, oznajmując, że przybył rycerz Konar Starza i pilno pragnie się pokłonić panu staroście.

Te pokłony były wymysłem sługi, gdyż Konar chodząc w swojej skórze, nie kłaniał się nikomu okrom króla i jego rodziny. Nawet książętom z piastowskiego rodu drożył* czapką. Starosta, który nie lubił ujawniać swoich uczuć, bo uważał, że wielcy dostojnicy powinni je trzymać na wodzy, tym razem nie wytrzymał i porwał się z ławy.

[...]

— Rycerz Konar czeka przed kwaterą.

— Wprowadź!- rozkazał już spokojnym głosem pan Pilecki. Po wyjściu sługi rozmyślał, sącząc miód odstały, jakim cudem Konar przedostał się przez Litwinów. Wiedział, jako ów był człekiem Sławomira, a ci dokonywali czynów, które innym ludziom na pewno by się nie udały, ale to nie tłumaczyło wszystkiego. Co prawda na stole leżał pergamin, świadczący, że Litwinów można podejść i oszukać, jeno co innego pergamin, który można do strzały przywiązać i z łuku wystrzelić, co innego żywy człek.

Z zadumy wyrwało go wejście Konara. Pan na Pilczy pochwycił starego w ramiona, serdecznie uściskał, posadził na ławie i miodem poczęstował, a gdy Starża spełnił kubek, rzekł:

— Ninie gadaj!

— Od kasztelana Sędziwoja jeno tyle że czeka na pewne wieści o Lubarcie, bez czego nie chce następować na Kiejstuta,obawiając się, iby mu książę nie wlazł na plecy

— Praw jest — mruknął starosta.

— Ja zasię — ciągnął Konar — przybyłem do was — tu głos staremu zadrżał, może zresztą tak się jeno staroście zdawało — aby ię o Staszku przewiedzieć.

— O jakim Staszku?

— Juści ze Zwodowa.

— Przecie zaraz po bitwie wysłałem do kasztelana umyślnego z relacją o niej.

— Do kasztelana Sędziwoja nikt nie dotarł. O bitwie dowiedzielim się od Zbiluta z Prawdzicowej chorągwi, któremu się zbiec udało. Na nas wypadkiem trafił.

— Diabli nadali — zaklął starosta ruski — to znaczy, że albo goniec pobłądził, alibo go Litwa ogarnęła. Toż samo mogło się przygodzić drugiemu, którego pchnąłem do Krakowa. A co ów Zbilut wam rzekł?

— Niewiele, bo sam mało co wiedział. Prawił, jako bracia Staszkowi cało łby unieśli, toż i kilku :inszych. O Staszku nie powiedział nic pewne­go, ale mniema, jako zginął. — Ostatnie słowa wymówił Konar lekko drżącym — jak się zdawało panu Ottonowi — głosem.

— Niestety o Staszku ze Zwodowa nie mam wieści. Na pobojowisku znaleźlim ciało Ciołka i prawie wszystkich jego wojów, ale ciała rycerza ze Zwodowa wśród onych nie było.

— Pewneż to aby?

[...]

Ja o to czynie starania od chwili, gdym koronę na głowę nałożył, a przecie nicem dotąd nie zdziałał. Gdy Karol szczyci się ona szkołą już dziesięć lat blisko, ja co zdolniejszą młódź muszę wysyłać do Italii alibo do Pragi właśnie.

— Przewiadywałam się o to i widi mi się jako wasze panie, starania wrychle zostaną pomyślnym uwieńczone skutkiem.

— Karol mi w Awiniome bruździ, zazdrosny o każdy mój sukces, a i siostrzan mój mniema, jako Węgry koronę mają starszą niźli Polska, więc i akademię winny mieć przed nami.

— Pomogę ci, miłościwy panie Wpłynę na Karola, a i profesorów kilku z Czech ściągnę, reszta z Włoch przybędzie, paru masz swoich. Zobaczysz, panie, że jeno patrzeć, a będziesz miał własną akademię.

— Mądre z ciebie białka, skoro znaczenie onej docenić potrafisz, nawet nie wszyscy doradcy moi wyznają się na tym.

— Wiem, rozmawiałam o tym z kasztelanem krakowskim i księdzem opatem, także z innymi.

— No, no — dziwił się król — widzę jako niedługo zaczniesz mnie w panowaniu wyręczać.

— Kpisz sobie miłościwy panie, ze swej wiernej poddanki. Z twoimi doradcami rozmawiam, ale jeno tak sobie, jak to niewiasta. Ni się ich o co pytam, ni im co do głowy kładę. Co prawda nie wszyscy chcą ze mną gadać. Najchętniej Otton z Pilczy i młody Jaśko z Tarnowa.

[...]

Zaś Węgry coraz przypominały o sobie. Bywało jako król Lois czynił w ruskich ziemiah nadania jakby w swoich własnych i wycofywał je dopiero na stanowczy protest władcy polskiego, tłumacząc się poplątaniem nazw przez swoją kancelarię, a czasem zgoła nie wyjaśniając tego, jeno zachowując całkowite milczenie w danej sprawie lubo nawet obrażając się na króla polskiego. Jednak mimo tych trudności niejeden z panów rady zająłby krzesło starosty z ochotą. Toteż przez dłuższą chwilę w izbie panowało milczenie. Przerwał je biskup.

— Starostą ruskim powinien ostać człek, który gospodarzyć potrafi mądrze, bez uciemiężania ludzi, w onych widząc przede wszystkim dobro i bogactwo, ale i o skarbie królewskim musi pamiętać. Wojownikiem takoż powinien starosta być dobrym — ciągnął biskup — bo kraj jest ustawicznie zagrożon od Tatarów i Litwinów, że wiele czasu będzie spędzać na koniu i w polu, jak nam to przykład dotychczasowego starosty wskazuje. Natomiast nie Iza mu myśleć o własnych korzyściach i chlebach, a też dostatkach dla rodziny. — Infułat przy tych słowach uśmiechnął się leciutko oczyma raczej aniżeli ustami i zakończył: — Modlił się będę, aby wasz wybór, przezacni panowie, okazał się trafny i godny. Panowie jednak mimo tej zachęty milczeli nadal, a widząc to biskup z lekka zniecierpliwiony zwrócił się do Sławomira, który jako doradca rady w niej zasiadał:

— Powiedzcie, Sławomirze, kto z panów najbardziej nadaje się na stanowisko starosty? Wiem ci ja, jako nie zajrzycie nikomu, a też prawdę potraficie rzec każdemu, miłościwego pana nie wyłączając, bo nie jesteście żądni zaszczytów, lecz tak jak i pozostali panowie rada jeno dobro królestwa macie na uwadze. — Ostatnie słowa wywołały uśmiech na obliczu króla. Któż lepiej od niego wiedział, ile panowie żywią do siebie zawiści, ile drzemie różnych waśni rodowych, jak prawie każdy z nich dąży do wyniesienia swego rodu, powiększenia jego bogactw i znaczenia. Były i wyjątki, ale i oni nie obrażali się, gdy spadały na nich łaski, a dobro­dziejstwa. Oczywista Bogoria orientował się aż nadto dobrze o tych spra­wach, bo i sam rad by swoim nieba przychylić, a że mimochodem pochwalił panów, był to jeno zwrot rozumem podyktowany, zapobiegający obrazie, którą by panowie powzięli, gdyby jeno Sławomira pochwalił. Grubas, acz niespodziewanie zagadnięty i właściwie zaskoczony, gdyż myślał zgoła o czym innym, nie zastanawiał się ani przez chwilę i nawet w łeb się nie podrapał, jak to miał w zwyczaju, ale ze spokojem cechującym go w większości wypadków powiedział:

Gdyby o mnie szło, wskazałbym na pana z Pilczy. Wszystkie oczy zwróciły się na kasztelana Ottona, a ten i ów pomyślał prawie bez zazdrości, jako głos tego królewskiego pachołka — tak Sławomira złośliwie nazywali — był diabelnie trafny. Otton z Pilczy bez przesady spełniał wszelkie warunki, jakie stawiał kandydatowi na starostę ksiądz prymas, ale miał jeszcze jedną zaletę, o której ów nie wspominał. Był powszechnie lubiany i najwięksi zawistnicy nie zawidzili v mu, a przynajmniej mniej niźli innym. Prawdę rzekłszy Kazimierz uważał go za najgodniejszego kandydata, ale wolał, ażeby to wyszło nie od niego. Zgłoszenie go przez Sławomira mogło być co prawda uznane za podsunię­cie go przez króla czy biskupa, czy obydwu, ale panowie rada nie mieli takich zastrzeżeń. Król przecież nie musiał w ogóle ich pytać, jeno mianować, kogo by chciał. Niejeden tez zachodził w głowę, dlaczego król przelał swoje uprawnienia w tym wypadku na radę. Oczywista nie dociekli niczego. Kazimierz miał swoje racje, z którymi się nie zdradzał przed nikim. Do wyjątków należało, gdy ujawniał swoje zamiary. Jedynym człowiekiem, który cieszył się zaufaniem króla, był arcybiskup Jarosław, częściowym biskup Jan Suchywilk. Ostatnio odstąpił od zasad na rzecz Rokiczany, ale jej zapowiedział:

— Gdybyś słowo z tego, co ci gadam, z ust wypuściła, wygnam bez litości.

Że nie była to czcza groźba, Krystyna przekonała się w kilka lat później. Otton z Pilczy został wybrany starostą ruskim jednogłośnie i już na drugi dzień opuścił Kraków udając się do Przemyśla, gdzie od chorego poprzednika miał przejąć ster rządów Czerwonej Rusi. Król żegnał go ze szczerym żalem, natomiast Otton z Pilczy aż łzy ronił, choć przecie dostąpił nie lada zaszczytu. Otwierała się przed nim droga do bogactw, po które dość było ręką sięgnąć. Co prawda nowy starosta nie był chciwy, ale przecie grabić nie potrzebował, ażeby w dostatki obrosnąć, gdyż wiązały się z samą godnością. Siedemnaście lat miało trwać jego panowanie na Rusi, a choć nie narzekano na jego rządy, przecie potomkowie Ottona zaliczali się do najbogatszych ludzi w Polsce. Kazimierz, wyprawiając go na obsadzenie starostwa, udzielił mu kilku wskazówek, ale jedna z nich zadziwiła, a nawet zaskoczyła dobrego rycerza Ottona, gdyż mierzyła w siostrzeńca i przyjaciela, w syna siostry Ka­zimierza i jego następcę na polskim tronie, a zawierała się w kilku sło­wach:

— Pamiętaj, abyś się nie dał podejść Węgrom! — Król wymówił je ze szczególnym naciskiem, a całą ich doniosłość zrozumiał nowy starosta w jakiś czas później.

 Powrót do spisu tresci ↑

 Isaak Bashevis Singer

O tym,że w twórczości Isaaka Singera pojawia się Pilica czytałem dawno temu. Miało to mieć miejsce w powieści „Miłość i wygnanie” jednak nie doszukałem się w niej takiego wątku. Podczas przygotowywania wystawy Śladami pilickich żydów od załogi naszej biblioteki dostałem do rąk egemplarz Niewolnika z zaznaczonymi stronami, na których pojawia się Pilica a właściwie miejscowość Pilice i jej dziedzic, Pan Pilicki - Adam Pilicki.

[…]Garstka Żydów, ocalałych ze spalonych i zrabowanych miast, osiedliła się w Pilicach, osadzie po drugiej stronie Wisły. Otrzymali na to zgodę właściciela tych włości. Szwedzka wojna zrujnowała hrabiego Adama Pilickiego, ale nawet Szwedzi nie mogli ukraść ziemi, nieba i wody. I znów chłopi orali i siali. I znów ziemia nasączona krwią, zarówno winnych, jak i niewinnych, rodziła pszenicę i żyto, grykę i jęczmień, owoce i warzywa. Odstępująca armia szwedzka podpaliła zamek w Pilicach, ale ulewa ugasiła ogień. Po wycofaniu się Szwedów miał miejsce bunt chłopstwa i zadźgano jednego z administratorów hrabiego. Uzbroiwszy swoją czeladź Pilicki zaatakował buntowników, niektórzy zostali powieszeni, inni zabatożeni na śmierć. Rozkazał wbić na pale głowy straconych i wystawić na pokaz jako ostrzeżenie dla pańszczyźnianych chłopów. Ptaki wydziobywały ciało, zostawiając nagie czaszki. Pilicki nie miał czasu na zajmowanie się swymi posiadłościami, był marnym gospodarzem, jego polscy zarządcy byli pijakami, próżniakami i złodziejami. To prawda, że i Żydzi szwindlowali, jak tylko nadarzyła się okazja, ale właściciel mógł użyć na nich bata. Żyda można było wychłostać podobnie jak wieśniaka, zamknąć w chlewie a nawet ściąć mu głowę. Ponadto Żyd był oszczędny, składał pieniądze i użytkował je na lichwę. Bankrut mógł zawsze się porozumieć z Żydem. Chociaż Adam Pilicki skończył pięćdziesiąt cztery lata, wyglądał o wiele młodziej. Był wysokim, szczupłym szatynem, o włosach nietkniętych siwizną, ciemnych oczach i nosił niedużą kozią bródkę. Młodość spędził we Francji i Włoszech, skąd powrócił z nowymi, jak to nazywał, ideami. Przez pewien czas skłaniał się ku protestantyzmowi, ale to minęło i wkrótce został gorliwym katolikiem i wrogiem reformacji. Sąsiadujący z nim właściciele ziemscy uważali go za dziwaka i nazywali „dziwolągiem". Wciąż przepowiadał upadek Polski. Wszyscy wybitni przywódcy byli według niego szubrawcami, złodziejami, szumowiną. Sam nie brał udziału w wojnach z Kozakami i Szwedami,lecz oskarżał swych rodaków o tchórzostwo. Przysięgał na wszystkie świętości, że w Polsce można każdego kupić, od najdrobniejszego urzędnika z magistratu po króla. Miał wciąż na ustach piękne słowa z Kazań księdza Skargi, chociaż tęgo popijał i uważano go za libertyna. Ius primac noctis, które gdzie indziej już dawno wyszło z użycia, utrzymywało się w jego dobrach. Mówiono, że jego córka się utopiła, bo ją zgwałcił. Syn postradał zmysły i umarł na żółtaczkę. Szły gadki, że jego żona Teresa sama jest stręczycielką dla niego, a za kochanka wzięła sobie stangreta. Krążyły pogłoski, że spółkuje z ogierem. Ostatnio oboje, mąż i żona, zrobili się zagorzałymi bigotami. Kiedy nastąpiło oblężenie klasztoru w Częstochowie i Kordecki stawił bohaterski opór, wpadli w religijny szał. Zamek Pilickich przepełniony był jego i jej krewnymi, którzy chociaż należeli do arystokracji, pełnili funkcje pokojówek i kamerdynerów. Pewnego razu, kiedy hrabina Pilicka dostrzegła dziurę w obrusie, oblała kieliszkiem wina swą kuzynkę. Żądała obliczania co tydzień obrusów, ręczników, koszul, bielizny, srebra i porcelany. Adam Pilicki jak się rozgniewał, chwytał rózgę i smagał stare panny. Wielkie bogactwa, jakie oboje odziedziczyli, zostały roztrwonione. Po okolicy krążył dowcip, że wszystko, co zostało z klejnotów hrabiny Pilickiej, to pojedyncza złota szpilka do włosów. Przy każdej sposobności Adam Pilicki ostrzegał, że w Polsce nie nastąpi spokój, dopóki nic wybije się wszystkich protestantów, Kozaków i Żydów, zwłaszcza Żydów, którzy potajemnie przekupili zdrajcę Radziszewskiego i spiskowali ze Szwedami. Hrabia Pilicki dał słowo duchowieństwu, że kiedy Polska uwolni się od swoich wrogów, żaden Żyd nie postawi nogi w jego posiadłościach. Ale jak zwykle jedno mówił, drugie robił. Najpierw pozwolił na osiedliny żydowskiego przedsiębiorcy. Ten Żyd zaczął narzekać, że potrzebne mu jest kworum. Wkrótce udzielił Żydom prawa zbudowania bóżnicy. Ktoś umarł i wynikła konieczność założenia cmentarza. W końcu Piliccy Żydzi sprowadzili rabina i koszernego rzezaka. Tak więc Pilice zapełniły się społecznością żydowską. Adam Pilicki przeklinał i pluł, ale Żydzi zrobili dużo, aby go postawić na nogi. To oni pilnowali, żeby chłopi orali, zbierali plony, kosili trawę. Płacili Pilickiemu gotówką za ziarno i zboże, naprawili staw, który został zarybiony, wybudowali mleczarnię. Przywieźli nawet do dworu ule na miód. Pilicki już nie potrzebował szukać krawca, szewca czy kuśnierza. Żydowscy rzemieślnicy odremontowali pałac, wyłatali dach. przebudowali piece. Żydzi wszystko potrafili: oprawić na nowo książki, zreperować parkiety, oszklić okna, oprawić obrazy. Jak ktoś zachorował doktor-Żyd puszczał mu krew albo przystawiał pijawki, miał też w zapasie lekarstwa. Żydowski złotnik zrobił bransolety dla hrabiny i wziął pokwitowanie zamiast gotówki. Nawet jezuici, mimo zniesławienia i pamfletów na Żydów, posługiwali się nimi i ich wyrobami. Początkowo Pilicki prowadził zapisy, ilu Żydów osiedla się w jego posiadłościach, ale wkrótce stracił rachubę. Nie znał ich języka i prawie nie odróżniał jednego Żyda od drugiego. Ostrzegał ustawicznie: „Jeżeli Polacy nie zmienią się gruntownie, przyjdzie drugi Chmielnicki. Tak czy inaczej, wszystko się wali [...]

Ja w tych fragmentach szybko odnalazłem wyraźne echa dziejów pana na Pilicy kasztelana Stanisława Warszyckiego: ...Szwedzi, zajęty przez nich pałac ...Szwedzka wojna zrujnowała hrabiego Adama Pilickiego [odstępujący z Pilicy Szwedzi zrabowali skarbiec kasztelana] ... bunt chłopówMłodość we Francji i Włoszech [Warszycki studiował w Padwie] ....Wszyscy wybitni przywódcy byli według niego szubrawcami, złodziejami, szumowiną[głośna była sprawa zarzucenia przez kasztelana zdrady i przyjęcia łapówki od posła francuskiego przez kanclerza Prażmowskiego. Wielu innych doczekało się podobnych zarzutów] ...gorliwy katolik i wróg reformacji [Warszycki był wrogiem] ....dziwak[to najdelikatniejszy z epitetów, którymi określali go współcześni]...Syn postradał zmysły[Syn kasztelana, Jan Kazimierz, był niedorozwinięty umysłowo]…mąż i żona, zrobili się zagorzałymi bigotami ...Kiedy nastąpiło oblężenie klasztoru w Częstochowie i Kordecki stawił bohaterski opór, wpadli w religijny szał[kasztelan wsparł materialnie obrońców Jasnej Góry dostarczając armat i żywności]...dał słowo duchowieństwu, że kiedy Polska uwolni się od swoich wrogów, żaden Żyd nie postawi nogi w jego posiadłościach. [Doszło do wygnania przez niego Żydów z Pilicy i przekształcenia ówczesnej synagogi w kościół pw.św.Barbary]. O okrutnym traktowaniu przez niego poddanych i rodziny napisano setki stron.Z sprawą swojego porywczego charakteru Warszycki był postacią tak głośną w dawnej Polsce, że jego historia mogła przetrwać w opowieściach starych Żydów, zwłaszcza, że był częstym gościem Trybunału Lubelskiego a wieść o wygnaniu Żydów z Pilicy musiała być szeroko znana w tej społeczności. W czasie pobytów w Biłgoraju zdarzało się, że Singer przebywał w miejscowym przytułku dla ubogich, gdzie przysłuchiwał się ich opowieściom wykorzystując je potem jako wątki fabularne swoich utworów.

 

Isaak Bashevius Singer urodził się jako Icek-Hersz Zynger w Leoncinie, w pobliżu Nowego Dworu Mazowieckiego. Jego ojciec był chasydzkim rabinem, a matka, Baszewa – córką rabina z Biłgoraja. Najbardziej prawdopodobną datą jego urodzenia jest 21 listopada 1902 r. W jego biografiach pojawia się również data 14 lipca 1904 r. W 1907 r. rodzina przeprowadziła się do Radzymina, gdzie jego ojciec został kierownikiem miejscowej jesziwy. W 1908 r. po pożarze jesziwy Singerowie przenieśli się do Warszawy i zamieszkali na ulicy Krochmalnej pod numerem 10 a od 1914 r. pod numerem 12. Ojciec Singera objął urząd rabina miejscowej gminy żydowskiej, jednak, nie znając rosyjskiego, nie podszedł do egzaminu państwowego, dającego mu stosowne uprawnienia i mógł zajmować stanowisko jedynie nieoficjalnie. W 1917 r. rodzina uległa rozproszeniu na skutek działań wojennych Isaak wraz z matką i młodszym bratem Mosze przeprowadzili się do Biłgoraja, rodzinnego miasta matki, w którym wujowie Singera pełnili funkcje rabinów. Ojciec Baszewy był misnagdem (przeciwnikiem chasydyzmu). Gdy ojciec Izaaka został rabinem w Dzikowie Starym 1921 r., Singer wrócił do Warszawy, gdzie wstąpił do Seminarium Rabinicznego Takemoni. Szybko zrezygnował z nauki wrócił do Biłgoraja, gdzie próbował samodzielnie utrzymać się jako nauczyciel języka hebrajskiego. Bieda zmusiła go jednak do powrotu do domu rodzinnego. W 1923 r. jego brat Izrael Joszua, który był znanym pisarzem, załatwił mu pracę korektora w Warszawie, w czasopiśmie Literarische Bleter, którego był redaktorem. Jego siostra Ester Kreitman (1891–1954) również zajmowała się pisarstwem. W Literarische Bleter Isaak pracował przez dziesięć lat. Tłumaczył na jidysz utwory m.in. Ericha Marii Remarque’a i Thomasa Manna oraz powieści popularne.Zadebiutował w 1925 r. krótkim opowiadaniem Na starość o swoim rodzinnym Biłgoraju, które w Powstało w ramach konkursu literackiego i zostało opublikowane na łamach Literarische Bleter . Podpisane zostało pseudonimem Ce. W następnym roku opublikował opowiadanie Kobieta, opatrzone podpisem Icchok Bashevis (czyli Izak syn Batszeby). Jego pierwsza powieść Szatan w Goraju publikowana była w odcinkach w latach 1933-1934 w czasopiśmie literackim Globus, w którym objął stanowisko zastępcy redaktora naczelnego. W całości powieść została opublikowana w 1935 r. Od tego czasu regularnie drukował swoje opowiadania w żydowskich gazetach. Utrzymywał się jednak z tłumaczeń z języka niemieckiego na jidysz powieści kryminalnych oraz utworów Tomasza Manna, Knuta Hamsuna czy Ericha Marii Remerque'a. Po dojściu Hitlera do władzy Singer czuł się w Europie coraz bardziej niepewnie i w 1935 r. wobec trudnej sytuacji materialnej na zaproszenie brata wyjechał do Nowego Jorku. Na decyzji zaważyło także rozstanie z partnerką Rachelą Szapiro, matka jego syna Israela, która wyjechała do ZSRR, zabierając ich syna. Singer osiedlił się w Nowym Jorku, gdzie dzięki pomocy brata otrzymał pracę dziennikarza, korektora i tłumacza w czasopiśmie Jewish Daily Forward.W 1938 r. poznał emigrantkę żydowską z Monachium Almę Haimann Wassermann. Po udanym starcie literackim przeżywał kryzys twórczy spowodowany szokiem cywilizacyjnym, trudnościami finansowymi i związanym z nimi brakiem pewności co do swojej przyszłości. Potęgował go brak wiaty w przyszłość języka jidysz, a także śmierć brata, Israela Jeszuy, który zmarł w 1944r. Okres ten opisał później w opowiadaniu Zagubiony w Ameryce oraz w powieści autobiograficznej Miłość i wygnanie. W 1937 r. opublikował powieść "Mesjasz grzesznik". W 1940 r. Singer poślubił Almę Wasserrman, która porzuciła dla niego męża, dwójkę dzieci i ustabilizowane mieszczańskie życie. Dzięki pomocy Almy, która utrzymywała ich pracując w sklepie, wrócił do pisarstwa i działalności dziennikarskiej w The Forward. W tym okresie posługiwał się pseudonimami literackimi Varshavsky oraz D.Segal.W 1943 r. przyjal obywatelstwo amerykańskie. W 1945 r. rozpoczął w The Forward druk Rodziny Muszkatów, pierwszej z cyklu trzech powieści opowiadających o upadku moralnym warszawskich Żydów po I wojnie światowej.W latach 1953-55 na łamach The Forward opublikował Dwór i Spuściznę, sagi rodzinne o życiu polskich Żydów w II połowie XIX wieku.W 1958 opublikował Sztukmistrza z Lublina. Od połowy lat 50-tych jego utwory zaczęto tlumaczyć na angielski co szybko przyniosło mu światową sławę. Bestsellerami stały się jego powieści: Niewolnik wydany w 1962 r. i "Szosza" opublikowana w 1978 r.W tym samym roku Isaac Bashevis Singer otrzymał literacką Nagrodę Nobla za pełną uczucia sztukę prozatorska, która wyrastając z polsko-żydowskich tradycji kulturowych porusza jednocześnie odwieczne problemy.Laureat stwierdził, że nagroda touznanie dla jidysz - języka wygnania, języka bez ziemi, języka bez granic. Pisanie w jidysz nazywal Singer rozmową z umarłymi. Na kartach jego opowiadań pojawia się wiele miejscowości połozonych w poblizu Biłgoraja: Aleksandrów, Biłgoraj, Bychawa, Chełm, Frampol , Gorzków, Goraj, Hrubieszów, Izbica , Janów Lubelski,, Józefów Biłgorajski, Komarów, Krasnobród, Krasnystaw, Kraśnik, Krzeszów, Laśnik, Lublin, Piaski, Radoszyce, Szczebrzeszyn, Tarnogród, Turobin, Tyszowce i Zamość. Miałem możliwość widzieć przeszłość taką, jaka ona była. Zdawało mi się, że czas się cofnął. Żyłem żydowską historią. Większość jego utworów rozgrywa się w nieistniejącym już świecie małych polskich miasteczek żydowskich. Powracał również do klimatu warszawskich uliczek. W twórczości ukazywał religijno-filozoficzne problemy moralne oraz konflikty środowisk ortodoksyjnych i zasymilowanych Żydów. W barwny sposób przywoływał do życia nieistniejący już świat Żydów, a zwłaszcza chasydów we wschodniej Polsce. Do arcydzieł literatury należą krótkie opowiadania Singera, odznaczające się kunsztem narratorskim, często stylizatorskim, także wnikliwym portretowaniem postaci. W swych utworach, często ustami ich bohaterów, przytacza różne teorie filozoficzne. Znaczny wpływ na jego twórczość miała także klasyczna powieść rosyjska XIX w. Z ludzi mających na niego największy wpływ literacki wymieniał swojego starszego brata, Israela Joszuę.

 

Dorobek literacki Singera:

Powieści:

  • Szatan w Goraju

  • Rodzina Muszkatów

  • Sztukmistrz z Lublina (ekranizacja w 1979r.)

  • Niewolnik

    • Dwór

    • Spuścizna

  • Golem

  • Wrogowie: opowieść o miłości (ekranizacja w 1989 r. Trzy nominacje do Oscara)

  • Szosza

  • Pokutnik [Nawrócony]

  • Opowieść o Królu Pól

  • Szumowiny

  • Certyfikat

  • Meszuge

  • Cienie nad rzeką Hudson

  • Yentl (ekranizacja w 1983 r. Film z Barbarą Streisand w roli głównej rozgrywa się w Bychawie)

Zbiory opowiadań

  • Gimpel Głupek

  • Krótki piątek

  • Spinoza z ulicy Rynkowej

  • Seans i inne opowiadania

  • Zjawa i inne opowiadania

  • Przyjaciel Kafki

  • Korona z piór

  • Magiczna moc: opowiadania

  • Namiętności

  • Późna miłość

  • Moc Światła: osiem opowieści chanukowych

  • Grosiki na raj i inne opowiadania

  • Opowiadania [dla dzieci]

  • Śmierć Matuzalema i inne opowiadania

  • Zagubiony w Ameryce

Publicystyka literacka i eseje

  • Felietony, eseje, wywiady

Autobiografie:

  • Urząd mojego ojca
  • Miłość i wygnanie: wczesne lata
  • Urząd mojego ojca – kolejne opowieści

Singer jest autorem jedenastu książek dla dzieci. Na pytanie, dlaczego tworzy dla najmłodszych, odpowiedzial:bo dzieci jeszcze wierzą w Boga, rodzinę, aniołów, czartów, wiedzmy...

 

 

13 września 2009, z inicjatywy Biłgorajskiego Stowarzyszenia Kulturalnego im. Izaaka Baszewisa Singera. podczas obchodzonych w Biłgoraju Dni Singera, w parku, w pobliżu kościoła pw. św. Jerzego została odsłonięta Ławeczka Isaaca Bashevisa Singera. Autorem pomnika jest rzeźbiarz krakowski Karol Badyna.

 Powrót do spisu tresci ↑

 

Echa królewskiego ślubu

Sześćset lat temu na zamku w Sanoku odbył się ślub króla Władysława Jagiełły z Elżbietą z Pilczy. Minęło sześć stuleci, w ciągu których ten budzący wielkie emocje związek doczekał się licznej literatury. Pierwszym był Stanisław Ciołek, który wkrótce po królewskim ślubie zapłacił stanowiskiem za „Satyrę na małżeństwo Władysława Jagiełły z Elżbietą Granowską”.

O małżeństwie pisali kronikarze: 

  • Marcin Bielski - „Kronika polska”

  • Maciej Stryjkowski - „O początkach ,wywodach, dzielnościach, sprawach rycerskich i domowych sławnego narodu litewskiego, żemojdzkiego i ruskiego, przedtym nigdy od żadnego ani kuszone, ani opisane, z natchnienia Bożego a uprzejmie pilnego doświadczenia.

  • Jan Długosz - „Dzieje Polski

  • Marcin Murinus - "Kronika mistrzów pruskich"

 

Król Jagiełło, kiedy miał nieprzyjaciołom odpór czynić, tedy wesele małżeństwa w Sanoku sprawował, gdzie przeciw woli wszystkiej rady koronnej i przeciw prawu małżeńskiemu pojął trzecią żonę, Elżbietę Granowska,wdowę ,babę domu Pileckich, matkę chrzestna, bo ona, gdy go, chrzczono, zań według zwyczaju przyrzekała. A ta miała przed tym trzech mężów:Wisława Laczka, Kramaryjusza, starostę morawskiego , i Granowskiego [M.Stryjkowski] 

A gdy się z tej wojny i ugody Witułt do Litwy wrócił, król też jachał do Wielkiej Polski, a kiedy z Poznania jachal do Śrzody, trafiło się w dzień, który był wszystek jasny przed wieczorem, iż niebo od chmur z nagła sczerniło, za czym częste a straszne trzaskawice powstały, zatym piorun uderzył ogromnie na wóz królewski, na którym siedział, a jednym razem zabił czterech woźników i dwu pobocznych drabantów królewskich, także poznańskiego i sędomirskiego wojewody, i dziewiąci inszych dworzan królewskich, konie pobił i królewskiego dzianeta, na którym giermek z kopiją z znakiem królewskim siedział. samym jezdnym nic,t ylko na giermku szatę rozdarł, król tez chwile jakoby bezdusze (obyczajem onego Szawła) leżał. Potym , gdy ku sobie przyszedł, nic mu nie wadziło, jedno iż kilko dni niedobrze słyszał, a w ręce prawej trochu bolu czuł. dawali niektórzy przyczynę tego przestrachu od Boga dla niesłusznego małżeństwa z Granowska[M.Stryjkowski ] 

W niedzielę, w dzień św. Zygmunta, król Władysław, wezwawszy na wspólne zebranie prałatów i panów, wyjawił im zamiar swój połączenia się związkiem małżeńskim z Elżbietą Granowską. A chociaż go niektórzy królowi odradzali, przekładając, że dla monarchy takiej godności niewiasta podeszłego już wieku, jego własna poddanka i wdowa po trzech mężach nie była stosowną, gdy jednakże widzieli, że król niezachwiany był w swoim postanowieniu i że już wcale odmienić się nie mógł — jedni ustąpili mimowolnie, drudzy nań zezwolili. Po odśpiewaniu zatem uroczystej wotywy w kościele parafialnym w Sanoku przez Jana Rzeszowskiego, arcybiskupa lwowskiego, Władysław król wziął ślub z Elżbietą Granowską, niewiastą już z zmarszczkami na twarzy i połogami licznymi wyniszczoną, kilku już bowiem doświadczała mężów. Błogosławił osobiście parze ślub biorącej rzeczony Jan, arcybiskup lwowski. Lubo zaś dzień niedzielny św. Zygmunta, w którym to się działo, od rana aż do godziny trzeciej był jasny i pogodny, po dopełnionym obrządku ślubnym nagle się zachmurzyło i oziębiło; powstała zawieja, śnieg z deszczem i krupami ciągle padał, co wszystkich zafrasowane już tym małżeństwem umysły jeszcze bardziej powarzyło i zasępiło. Kiedy nadto rzeczona Elżbieta Granowską po ślubie wyszedłszy z kościoła wsiadła do powozu i jechała do zamku, złamało się pod nią koło, i to w największym błocie; przymuszoną więc była wysiąść z pojazdu i pieszo iść resztę drogi. Co wszystko oznaczało, że to małżeństwo, które Władysław w owym dniu zawarł, niemiłe było Bogu i ludziom i że szczęścia jego koło wkrótce się miało złamać. Jakoż niedaremne były te wieszczby; albowiem Elżbieta Granowską, której matka Jadwiga, żona Ottona z Pilicy, wojewody sandomierskiego, króla Władysława do chrztu trzymała, była z nim złączona duchownym powinowactwem i winna się była uważać za jego siostrę. A gdy się wiadomość o tym rozeszła po królestwie polskim, wielu gorliwszym miłośnikom kraju łzy wycisnęła; już bowiem wtedy z żalem przewidywali, że wszystek zaszczyt i chwałę, jaką był król Władysław zjednał sobie i królestwu przez sławne swoje zwycięstwa, a która napełniła wszystkie kraje chrześcijańskie i barbarzyńskie, zaćmi to jedno niewczesne i tak nierówne małżeństwo; wiele nadto wróżyli z niego niepomyślności i nieszczęść.[Długosz] 

Władysław, król Polski, rychlej niż zwykle wybrawszy się z Litwy, po oktawie Trzech Królów przybył do ziemi chełmskiej i zatrzymał się w Lubomli, dokąd z umysłu zajechały do mego Aleksandra, rodzona siostra królewska, a żona Siemowita, książęcia mazowieckiego, i Elżbieta z Pilicy, wdowa po Wincentym z Granowa, niegdyś kasztelanie nakielskim, którą Władysław król wielce był sobie upodobał. Jakoż spowodowany tą miłością, od wielu uważaną za oczarowanie, rzeczony król Władysław przez siostrę swoje Aleksandrę począł ją namawiać do zawarcia z sobą ślubów małżeńskich. Nie sromał się król tak dostojny brać za żonę kobietę suchotami wyniszczoną i swoje poddankę, wdowę po trzech mężach, to jest Janie Morawczyku z Miedźwiedzia, Wiśle Czamborze, Ślązaku z Wissenburga i Wincentym Granowskim, kasztelanie nakielskim, zwiędłą i podstarzałą, a stanem i pochodzeniem bynajmniej sobie nierówną; i [nie sromał się] zdrowie przy ciągłym powodzeniu czerstwe i kwitnące wątlić pożądliwością ku jednej niewieście, skąd przykre potem przyszły nań słabości. Im zaś znakomitszym i wyższym w swojej dostojności był król, tym bardziej ubliżały mu te związki, zacierając jego chwałę, tak u swoich, jako i u obcych. Chociaż więc to małżeństwo tajemnymi układy już było wówczas postanowione, trzymano je atoli w ścisłej tajemnicy i nie wiedzieli nic o nim prałaci i panowie polscy, którzy żadną miarą nie byliby nań pozwolili królowi. Lecz kiedy odjeżdżającą Elżbietę król Władysław szubami i innymi wysokiej ceny obdarzył podarunkami ,już jego hojność wielu na siebie uwagę zwróciła.[Jan Długosz] 

Z Czerwińska ruszywszy król Władysław przez Gąbin, Gostynin, Kowale, Brześć, Radziejów, Strzelno, Gębice, Mogilno, odprawował pieszo drogę do Pobiedzisk, a dnia drugiego sierpnia stanął w Poznaniu. Po wypełnieniu swego pobożnego ślubu w klasztorze Bożego Ciała, w sobotę, o późnej już godzinie, w powozie urządzonym na kształt kolebki jechał dalej, ku Środzie w towarzystwie Mikołaja z Michałowa, wojewody sandomierskiego, Sędziwoja z Ostroroga, wojewody poznańskiego, Henryka z Rogowa, Jana Mężyka z Dąbrowy i wielu innych szlachty. Alić gdy pod wsią Tulce wjeżdżał do lasu przy jasnym i pogodnym niebie, nagle ściemniło się i gwałtowna powstała burza z błyskawicami i grzmotem. Na samym wstępie, pod górą przytykającą do lasu uderzył piorun z wielkim trzaskiem, który cztery konie zaprzężone do kolebki królewskiej i dwóch z służby dworskiej idących pieszo przy powozie, aby się nie wywrócił, nazwiskiem Bachmat i Maciej Czarny, woźnicę tylko pominąwszy, zabił. Niemniej pozabijał konie, na których jechali Mikołaj sandomierski i Sędziwoj poznański, wojewodowie, Henryk z Rogowa, Jan Mężyk i siedmiu innych rycerzy; sami jeźdźcy nie doznali żadnej obrazy. Zabił na koniec wierzchowca królewskiego, na którym jechał za królem giermek Forsztek z Czczycy z rohatyną w ręku; na tym suknię potargał, samego pachołka nie nadwerężył. Władysław król, straszliwym hukiem piorunu przerażony, długo leżał bez zmysłów; i gdy po owym uderzeniu zbiegli się do niego wszyscy panowie i szlachta i dopytywali o zdrowie, król nie odpowiadał ani słowa, czy to dla gwałtownego wstrząśnienia, czyli z przestrachu tak, że już niektórzy płakać nad nim poczęli. Przyszedłszy nareszcie do siebie i zebrawszy siły po takim ogłuszeniu przemówił przecież i wyznał, że ta straszna przygoda dotknęła go za jego grzechy. Wszelako doznał król Władysław od tego piorunu w prawej ręce bólu, który w kilka dni potem ustąpił, przy czym ogłuchł nieco, a odzież jego wszystka siarką cuchnęła. Ten wypadek ludzie pobożni i religijni uważali za wyraźny znak gniewu Bożego, ukazany królowi Władysławowi za to, iż Elżbietę Granowską, siostrę duchownie z sobą spowinowaconą, pojąć śmiał za żonę. Surowo nawet upomniał go o to Zbygniew z Oleśnicy,75 sekretarz królewski, tymi słowy: „Masz dowód i świadectwo, królu, w tych żywiołach, które się na ciebie oburzyły, jakie popełniłeś przestępstwo łącząc się z siostrą swoją chrzestną, jej bowiem matka trzymała cię do chrztu. Widzisz, że i mur najsilniejszy pod tobą się łamie, i niebo grzmotem a błyskawicą ci przegraża. Jeżeli zatem pokutować nie będziesz, lękaj się, aby cię te przygody nie starły i ziemia nie pochłonęła." Jakoż po tym dopiero strasznym wypadku Władysław król zadrżał w sercu i żałować począł zawartych z taką sromotą, Bogu i ludziom niemiłych związków z Elżbietą Granowską. Utrzymywali także niektórzy, że król, jako nowo nawrócony poganin, począł był myślą wahać się w wierze chrześcijańskiej, kiedy ów nagły piorun uderzył. Lecz ani on sam nigdy nie wyznał, iżby miał powziąć jaką wątpliwość w wierze, ani też nikt nie mógł twierdzić tego za prawdę dowodną.[Jan Długosz] 

Straszny przypadek na ten czas Władzisława króla potkał, gdy z Poznania do Srzody jechał, bo w jasny dzień z nagła chmurami gęstymi niebo się zaćmiło, a z trzaskiem piorun uderzył na wóz królewski, gdzie woźników czterzech królewskich, drabantów dwu, wojewody też poznańskiego i sędomierskiego koni pod dworzany dziewięć, a pod giermkiem dzianeta królewskiego jednym razem pobił, dworzanom samym nic nie było, tylko na giermku szatę rozdarł. Król też chwilę jakoby bez dusze leżał, potem gdy ku sobie przyszedł, nic mu nie wadziło, jedno iż kilko dni niedobrze słyszał, a w ręce prawej trochę bólu czuł. Dawali niktórzy przyczynę przestrachu tego od Boga dla małżeństwa z Granowską etc.[Marcin Murinus "Kronika mistrzów pruskich"] 

... Król co miał nieprzyjaciela gonić, to wolał tymczasem weseleć się w Sanoku, aby jeszcze był młodą pojął, ale babę, Helżbietę, córkę Ottona z Pilicy, Wojewody Sendomirskiego, którą przedtem uniósł jeden Morawczyk, a potem mu ją drugi wydarł, potem zaś była za Granowskim, Kasztelanem Nakielskim. Tasz królowi nie wiedzieć z czego się spodobała, bo już stara była i wyschła od suchot, tak ludzie rozumieli, że go zaczarowała...[Marcin Bielski ] 

Pisali również o królewskim związku XIX-wieczni autorzy: 

  • Kantecki Klemens. „Elżbieta .Trzecia żona Jagiełły. Opowiadanie historyczne.” Lwów 1874 

  • Prochaska Antoni. „Do krytyki opowiadania Długosza o Elżbiecie Granowskiej”.Lwów. 1896

  • Prochaska Antoni. „Długosz o Elżbiecie, trzeciej żonie Jagiełły”. Lwów 1876

  • Szajnocha Karol. „Jadwiga i Jagiełło”. PIW. Warszawa 1969 

Za Jagiełły dostał się Łańcut. Ottonowi z Pilczy, który podejmowal wspaniale Jagiełłę wracającego ze Lwowa i Witolda w. ks. litews. w r. 1410*.W siedm lat później znowu podejmowala wspaniale Jagiełłę Elżbieta z Pileckich Granowska, dziedziczka Łańcuta., a pozyskawszy serce króla, udała się z nim do Sanoka, gdzie ją pojął za żonę, ku ogólnemu oburzeniu zazdrosnych możnowładców.[Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego] 

* Pomyłka autorów Słownika Geograficznego Królestwa Polskiego. 

Zawiedziony w nadziejach król ze strony księżnej wdowy brabanckiej, inne względem ponowienia ślubów małżeńskich zamysły przerzedsięwziął a to takie, iż całą Polskę zadziwiły, i postronnych monarchów na króla ścisnęły naganę. Była na onczas w Polsce przygodami młodości swojej sławna wdowa Elżbieta, Ottona z Pilczy, z domu Toporczyków, wojewody sandomierskiego, córka i jedyna dziedziczka. Tę z Pilczy, ojczystego zamku, iż bogata była, uwiózł Wiszel niejaki, Morawczyk mało znany, i do Moraw do domu swojego zaprowadził. Ale Jańczyk z Hyczna, także Morawczyk, i pan mocniejszy, zazdroszcząc Wiszlowi tak bogalego małżeństwa, gwałtem mu ją wydarł, i Wiszla nawet, dopominającego się żony, zabił; wszakże i z Janczykiem nie długo żyła, i po jego śmierci od Spytka z Melsztyna, wojewody krakowskiego, wydana była za Wincentego Granowskiego kasztelana nakielskiego, tegoż, co i Spytek, herbu Leliwa. Z tego miała liczne potomstwo. Król powziął do niej miłość i w sędziwym jego wieku dziwną i dziwniejszą jeszcze tem, iż widoczne na niej byty suchot ślady, w tym roku lat 40 przeszło była, rachując tylko od śmierci ojca, i o ładnych nadzwyczajnych powabach lub przymiotach pisarze nasi nie wspominają, owszem świadczą, iż ta królewsku miłość, gdy do publicznej wiadomości przyszła, za urok jakiś była poczytana. Na obronę króla nie widzę nic innego, jako tylko, że z żądzy otrzymania potomka, tę wybrał, która liczne płodności swojej dała dowody. Cóżkolwiek bądź, sam przez się król, i za pośrednictwem siostry swojej Aleksandry, Ziemowita księcia mazowieckiego żony, wszystko ułożył. Ale rzecz tę w jak największej tajemnicy zachował. I nie prędzej się ona wynurzyła, jak kiedy na dzień pierwszy Maja król w Sanoku stanłą, dokąd też, do mego wezwani byli Jan Rzeszowski, arcybiskup lwowski, Wojciech Jastrzębiec, krakowski, Jan, chełmski biskupi, Krystyn z Ostrowa, Kasztelan, Jan z Tarnowa, wojewoda krakowski, Piotr Szafraniec, podkomorzy krakowski, Zbigniew z Brzezia, marszałek koronny, którzy nic wiedzieli, po co ich tam król sprowadził. Dnia 2. Maja zgromadziwszy radę, Król jej przełożył swoje postanowienie o zaślubieniu Elżbiety Granowskiej, z którą też tam przyjechała była Aleksandra, księżna mazowiecka, siostra królewska. Cała rada tę rzecz jednomyślnie ganiła, ale widząc króla w tem przedsięwzięciu zaciętą stałość, jedni umilkli, drudzy zezwolili. Tego więc samego dnia w kościele sanockim parafijalnym przed arcybiskupem lwowskim, król ją sobie zaślubił. Musiał arcybiskup przy tym ślubie nie mieć wiadomości o przeszkodzie, ślub królowi z tą osobą tamującej i ślub nieważny czyniącej, to jest związku duchownym między królem i Elżbietą zachodzącym z przyczyny, iż Jadwiga, Elżbiety matka, chrzestną matką króla Władysława była, co stanowiło podług karności kościelnej i praw duchownych, jeszcze na onczas trwających, dopiero przez sobór trydencki odmienionych, związek duchowny, mocą którego Elżbieta za siostrę chrzestną albo duchowną Władysława była poczytana, Dla tej odkrytej przeszkody posłał król do Konstancyji, dla otrzymania od soboru dyspensy. Niemało w tem trudności było, gdy i sami posłowie królewscy wielce z tego zasmuceni, podług wszelkiego podobieństwa, nie bardzo się do otrzymania tej dyspensy przykładali; dana jednak nakonicc była, ale z przydaniem warunku, aby król po śmierci Elżbiety nie mó już więcej ślubów małżeńskich ponawiać. Warunek ten nadzwyczajny każe się domyślać, iż posłowie w Konstancyji polscy, iż Elżbietą w suchotach zostająca jest długowieczna, do podobnego błedu dr królowi zagrodzić pragnęli. Uprzątnąwszy tę trudności król, Elżbietę koronować na królową kazał. Koronował ją w niebytności arcybiskupa gnieźnieńskiego, w Konstancyji na onczas będącego, Jan Rzeszowski, arcybiskup lwowski, w kościele katedralnym krakowskim w dniu Ś. Elżbiety 19. listopada, który na onczas był uroczysty, jako znać z ustaw duchownych prowincjonalnych, od Mikołaja Trąby, dawniej jeszcze wydanych. Ten dowiedziawszy się o tym obrządku, przez arcybiskupa lwowskiego odprawionym, a bojąc sięztąd jakiego ubliżenia prerogatywom kościota swego gnieźnieńskiego odprawionym, wyrobił sobie, iż wyrokiem soboru konstancyjeńskiego prymasem królestwu polskiego był mianowany, którego odtąd tytułu następcy jego używali. Daje to im przodkowanie przed arcybiskupem lwowskim i wszystkimi w Polsce biskupami,ale nie znaczy, iż gnieźnieńska katedra dawnością inne wszystkiekatedry polslkie przewyższa, gdyż zaszczyt ten dawności bez najmniejszej wątpliwości kościołowi poznańskiemu powinien być przyznany.[...] 

Nie jest natomiast pewne , czy istotnie umierający Jagiełło nazwał obrączkę Jadwigi rzeczą najdroższą swemu sercu. Król nie okazywał gorących uczuć swym małżonkom, ale jeżeli którą z nich kochał, to była ta ukochana raczej trzecia żona, Elzbieta Pilecka, a nie Jadwiga.[Karol Szajnocha.”Jadwiga i Jagiełło”] 

W XX wieku małżeństwo naszej królowej pojawiało się w literaturze popularnonaukowej i w opracowaniach naukowych: 

  • Besala Jerzy. Władysław Jagiełlo i Elżbieta z Pilczy Granowska w: Małżeństwa Królewskie. Jagiellonowie. Wyd.Bellona i Muza.warszawa 2006.

  • Błażkiewicz Henryk.Pilica.Zarys dziejów miejscowości. Instytut Wydawniczy Księży Misjonarzy Nasza Przeszłość. Kraków 1992.

  • Klubówna Anna. Cztery panie Jagiełłowe. Wyd.Pojezierze. Olsztyn. 1983

  • Niemczyk Katarzyna. Pierwsze małżeństwo Elżbiety Pileckiej w: red. Zawitkowska Wioletta. Kobiety o kobietach. Studia i szkice. Średniowiecze i czasy nowożytne. Wyd.Uniwersytetu Rzeszowskiego

  • Niemczyk Katarzyna : Kilka uwag do genealogii Elżbiety Pileckiej-Granowskiej i jej rodziny. W: Średniowiecze Polskie i Powszechne Tom 1 (5) red. Panic Idzi i Sperka Jerzy.SWyd. Uniwersytetu Śląskiego. Katowice 2009

  • Niemczy Katarzyna. Pileccy herbu Topór i Pileccy herbu Leliwa ich związki ze Śląskiem w XIV-XV wieku; w: red.Zawitkowska Wioletta i Pobóg-Lenrtowicz Anna. Rody na Śląsku,Rusi Czerwonej i w Małopolsce;średniowiecze i czasy nowożytne. Wyd Uniwersytetu Rzeszowskiego.Rzeszów 2010

  • Nitkiewicz Maria. Królowa Elżbieta z Pilczy i Łańcuta, trzecia żona Władysława Jagiełły.Wyd.Muzeum-Zamek Łańcut. Łańcut 2003.

  • Panas Henryk. Prywatne życie Władysława Jagiełły. Wyd.Pojezierze .1969

  • Prokop Krzysztof Rafał. "Staropolskie sylwetki pilickie XIV-XIXw." wyd.UMiG w Pilicy.Pilica 2013

  • Rudzki Edward. Polskie królowe. Żony piastów i Jagiellonów Wyd.NOVUM. 1990

  • Rutkowska Grażyna. Itineraria żon króla Władysława Jagiełły, „Roczniki Historyczne” 64, 1998

  • Sperka Jerzy. Elżbieta z Pilicy Granowska i król Władysław Jagiełło. Kulisy wielkiej miłości. W: Możejko Beata .Paner Anna. Miłość w czasach dawnych. wyd. Uniwersytetu Gdańskiego. Gdańsk 2009

    Elżbieta trafiła również do literatury pięknej za sprawą Zygmunta Krasińskiego, który we wstępie do „Snu Elżbiety Pileckiej” nieźle pomieszał dzieje naszej królowej: 

Przedmiot do następującego utworu podały mi wypadki życia Elżbiety Pileckiej, żony Władysława Jagiełły i królowej polskiej. — Była ona córką Ottona z Pilcy, możnego wojewody sandomierskiego; w kwiecie młodości poznała dzielnego rycerza z Morawii, na dwór ojca przybyłego. — Porozumiały się ich serca, i Elżbietę wwiózł rycerz wśród nocy z zamku ojcowskiego, ale odkryto ich ucieczkę i natychmiast Otton poszedł w pogoń za córką. Dogoniwszy ją, zwiódł z morawskim rycerzem walkę i zabił go. Okrutny rodzic, odebrawszy córkę z rąk kochanka, zmusił ją do oddania ręki Granowskiemu, kasztelanowi nakielskiemu. — Miała z niego Elżbieta jednego tylko syna, któremu Jan dano imię. Po śmierci Granowskiego polubił ją sobie Władysław Jagiełło i i wziął za żonę. Kiedy zaś przyszło do koronacji, sprzeciwił się jej Mikołaj Trąba, arcybiskup gnieźnieński, mówiąc, że to małżeństwo niezgodnym było z powagą majestatu. W takim stanie rzeczy król Władysław użył do koronacji Elżbiety Jana Rzeszowskiego, arcybiskupa lwowskiego. — Elżbieta umarła 1419 roku, a jej zwłoki złożono w kaplicy, w której później Stefana Batorego pochowano. 

W samym utworze autor też nieźle sobie pofantazjował: 

Myślała Elżbieta, córka Ottona z Pilcy, o młodym kochanku, o Archeldzie z Heldy, rycerzu niedawno przybyłym z Morawii na dwór potężnego jej ojca. - Pierwszą pałająca miłością, wszędzie szczęście upatrywała i błogie dni sobie obiecując, w rajskiej marzyła ułudzie [..] O luba — mówił rycerz — już stoją na podwórcu konie; słyszysz? tętnią ich kopyta; noc piękna; śpi zamek; księżyc patrzeć tylko będzie na naszą ucieczkę. - Nie zwlekaj, zaślubiona już mi sercem oblubienico! — Nie zwlekaj!" A słowa młodzieńca podobne były do miłego szmeru błyszczącego strumienia; przenikały one aż do duszy Elżbiety, jak promienie wiosennego słońca do kielicha świeżo rozwitej róży; i jakaś moc nadludzka rzuciła ją w objęcia Archelda - i uniósł ją rycerz przez ciemne zamku galerie, przez kręte schody, wąskie przejścia i podłużne sale aż na szeroki dziedziniec. Tu lekko posadził ją na czarnym swoim koniu, sam obok niej skoczył i przy świetle księżyca wyruszył wraz ze zbrojnymi towarzyszami...Mignęły wśród drzew otaczających zbroje i proporce i pancerna jazda wystąpiła z ciemnego boru. Na jej czele poznała dziewica Ottona z Pilcy, ojca swojego, a przy nim nie cierpianego człowieka […] Cała skała, okryta zbrojnymi, w każdym miejscu błyszczała to szyszakiem, to pancerzem, i zdało się Elżbiecie, że kamienna opoka w stalową przemieniła się górę. Doszli nareście szczytu mordercy i szczęk broni się rozległ, i wielu ich poległo. Archeld bronił najdroższego skarbu z wściekłością rozpaczy. Ale córka wojewody uczuła, jak corazbardziej drżało podpierające ją ramię, spostrzegła strumienie krwi, wylewające się spod zbroi kochanka, i cala góra zdała się jej zalaną purpurowym potokiem; porwane nim ciało Archelda runęło ze szczytu opoki i rozdarte przez ciernia i głazy, padło u stóp pana z Piłcy. A surowy ojciec wziął rękę córki i połączył ją z sędziwą ręką swojego towarzysza […] Zdało się marzącej dziewicy, że słyszy pogrzebowy dźwięk dzwonów i że w żałobne ubrana szaty, trzymając syna za rękę, postępuje za trumną człowieka, którego jej serce nigdy nie kochało. — Tłum ludu cisnął się wokoło. — Zbrojne hufce z spuszczonymi dzidami, służalcy z udanym smutkiem szli za ciałem znienawidzonego, a jego wdowa kryła głowę między czarne zasłony, a każdy z otaczających starał się wzrokiem przedrzeć te zasłony i jej łzy wyśledzić, a ona łez wylewać nie mogła i wdowa Granowskiego była jeszcze kochanką Archelda […] Zdało się marzącej dziewicy, że w ogromnym kościele stoi wpośród tłumów oświeconych tysiącznymi pochodniami...Pomiędzy mnóstwem osób zapełniających świątynię rozeznała Elżbieta męża z koroną, który siedząc na tronie, rozciągnął berło nad swoim narodem i rzekł do niego: „Obieram poddankę za żonę." […] Powstał mąż z berłem. Zeszedł z tronu i podał rękę córce wojewody. Zabrzmiały muzyczne tony, ozwały się pienia, pochodnie podwojoną błysnęły jasnością, i klękli oboje przed wielkim ołtarzem. Duchowny drugi zbliżył się do drżącej Elżbiety. Po chwili uczuła ciężar unoszący się na splotach własnych włosów; podniosła oczy, a rażący połysk drogiej korony oblał jej twarz anielską, i kochanka Archelda była królową Lechlii [...] 

Królewski związek różnie oddziaływał na zmysły twórców. W wydanym w 1980 roku "Rudolfie" Mariana Pankowskiego, rozgrywającym się w środowisku homoseksualistów, pojawia się alkowiana scena z nieokrzesanym królem Jagiełło i Elżbietą z Pilczy….

  Powrót do spisu tresci ↑

Młyn i Krzyż

Michael Gibson, pisarz, krytyk i historyk sztuki zaproponował Lechowi Majewskiemu, z wykształcenia malarzowi, nakręcenie filmu o obrazie Pietera Bruegla Droga Krzyżowa.

Produkcja filmu fabularnego trwała trzy lata. Prace zakończono w 2010 r. Osobno filmowano chmury, światłocienie, postacie i zwierzęta. Pracochłonne było scalanie nagranych fragmentów za pomocą technik komputerowych, w których niejednokrotnie łączono obrazy rzeczywiste z malarskimi. Zastosowano technologię CGI, z której korzystali wcześniej twórcy Avatara czy trylogii Władca pierścieni. Jedno z ujęć składało się ze 147 warstw, które komputer przeliczał przez osiem dni. Film kręcono m.in.w plenerach Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej. Wszystkie kostiumy do filmu zostały wykonane ręcznie i specjalnie farbowane, dla osiągnięcia barw użytych przez Bruegla. W obsadzie pojawiły się gwiazdy kina: Rutger Hauer jako Peter Bruegel, Michael York jako Nicolaes Jonghelinck i Charlotte Rampling jako Maria. W filmie zagrało dwustu polskich statystów. Akcja filmu rozgrywa się w roku 1564, w którym Bruegel namalował swoje dzieło. Tłem historycznym jest czas ucisku politycznego i religijnego Niderlandów pod rządami katolickich Habsburgów krwawo zwalczających reformację. Bohaterami filmu są flamandzcy chłopi i mieszczanie przedstawieni na obrazie i jego twórca- Bruegel. Często wydarzenia historyczne, uznawane dzisiaj za ważne, przechodziły niemal niezauważone przez współczesnych. Dopiero później zaczynają swój nowy byt jako kamienie milowe w dziejach cywilizacji. Ten sam los spotykał dramaty osobiste, istotne w życiu jednostek a obojętne dla tłumu. W filmie i na obrazie męka krzyżowanego Chrystusa jest zdarzeniem niemal niezauważonym przez współczesnych podobnie jak męczeńska śmierć młodego mężczyzny, mieszkańca wsi, który ginie za głoszenie herezji. Młyn i krzyż odbierany jest jako krytyczny komentarz do instrumentalnego traktowania religii, do współczesnej kultury, która zarzuca nas tysiącami powierzchniowych obrazów przyswajanych mechanicznie, bez zastanowienia się nad ich sednem. Majewski przerzuca na widza ciężar samodzielnej narracji prowadzącej do sedna przekazu. Recenzje były entuzjastyczne: Moc emanująca z ekranu jest niewiarygodna. Estetyka renesansowego malarstwa, podrasowana współczesną techniką, działa wprost obezwładniająco – takiego piękna i precyzji nie ogląda się na co dzień. Jak świat światem są tacy, którzy próbują wyjść z cienia negując oceny większości. Nic więc dziwnego, że pojawiały się również skrajnie odmienne opinie nazywające na przykład film ekranową wydmuszką i tworem sztukopodobnym.

Czas na pilickie akcenty. W filmie wzięli udział członkowie Grupy Konnej Dextrarius mający siedzibę w Biskupicach. W słynnej scenie z krukami wystąpił Mateusz Machnik, który wraz z Andrzejem Mrozińskim brał również udział w scenach kaskaderskich.

 

 Młyn i Krzyż - (zwiastun)

 

Film dokumentalny: Lech Majewski – świat według Bruegla.(trailer)

Plakat

Film na DVD

 Powrót do spisu tresci ↑

Królewskie sny

Ośmioodcinkowy telewizyjny serial historyczny poświęcony jest ostatnim latom panowania Jagiełły, od momentu małżeństwa młodszą od niego Sonką. Serial historyczny „Królewskie sny” rozpoczyna się w momencie śmierci Elżbiety z Pilczy. Pierwsze sceny pokazują radość szlachty z jej śmierci.

  Powrót do spisu tresci ↑

Przedwojenny James Bond z Pilicą w tle

Plik pdf do ściagnięcia >>>

 Powrót do spisu tresci ↑

 

 o. ADRIAN GAŁUSZKIEWICZ

Był profesorem teologii i filozofii, znanym kaznodzieją. W latach 1830/31 był lektorem retoryki i dialektyki w Pińczowie. W latach 1831/32 wykładał filozofię w Sandomierzu. W latach 1846-1847 był gwardianem pilickiego klasztoru oo. reformatów. Później przebywał m.in. w Kazimierzu Dolnym. 18 czerwca 1866 roku klasztor kazimierski, jak i wiele innych w Królestwie Polskim, został skasowany. Zakonnicy opuszczają go przenosząc się do Pińczowa. Na straży majątku klasztornego pozostał samotnie ojciec Adrian Gałuszkiewicz. Gorliwie pracował przy kościele i brał czynny udział w życiu dekanatu jako duszpasterz i duchowny kierownik księży diecezjalnych. Władze carskie spodziewały się, że sędziwy zakonnik wkrótce umrze. Tymczasem pozostawał on w Kazimierzu przez lat dwadzieścia, sypiając na zimnym chórze kościelnym i przyjmując pielgrzymów. Zmarł w listopadzie 1889 roku. O.Gałuszkiewicz stał się bohaterem noweli „Opowiadania wieczorne: z żywotów świętych” autorstwa Boleslawa Prusa, który miał okazję spotkać o.Adriana osobiście podczas jednej z wizyt w Kazimierzu .


Bolesław Prus. Z  żywotów świętych:

Gdy byłem w mieście K., spotkał mnie pewnego razu miejscowy sędzia śledczy i rzekł z uśmiechem:
— Wyobraź pan sobie, że dzisiejszej nocy ukradli dzwon z klasztoru. Właśnie idę tam, więc chodź pan ze mną, a zobaczysz osobliwość. Jest to dziewięćdziesięcioletni zakonnik, który już sam jeden mieszka w opuszczonych budowlach. A warto z nim pogadać.
Poszliśmy. Był pogodny dzień lipcowy. Pod zieloną studnią, na rynku, stało kilka chłopskich furmanek, z których między szczeblami wysuwały się pęki słomy. Nieco dalej gromadka turystów przyglądała się wiekowym domom. Rolę przewodników pełnili faktorzy, a najwymowniejszy z nich objaśniał:
— Te domy to są bardzo stare; oni mają może tysiąc, może pięćset lat. Oni byli budowane jeszcze za Esterki, która... jedni państwo powiadają, że urodziła się tutaj, a drugie, że w Parchatce. Ale Rabinowicz, co on ma oberżę, to jest jej wnuk; u niego dostaną państwo taki miód, jakiego niema na całym świecie. Jego żona robi bardzo doskonałe ryby po żydowsku. Państwo to lubią, ja wiem...
Miasto K. jest z trzech stron otoczone wzgórzami: na jednem widać szczątki zamkowych ruin, na drugiem stary klasztor, do którego zbliżaliśmy się właśnie przez cuchnącą uliczkę.
Od podnóża góry do świątyni prowadził pochyły korytarz o stu kilkudziesięciu schodach; wielu brakło, więcej było spróchniałych. Po obu stronach korytarza znajdowały się nisze, a w nich obrazy, niegdyś malowane na ścianie, dziś pokaleczone skutkiem opadania tynku, lub zasłonięte wielkiemi plamami wilgoci. Jeszcze jednak można było odróżnić węża, kuszącego Ewę, pałkę Kaina i nogi Abla, arkę, z której wylatywała gołębica, a na wyższych kondygnacjach: Dziecię Chrystusa, wykładające Zakon, nakarmienie głodnej rzeszy pięciorgiem chleba, wreszcie uszy oślicy, na której Jezus odbył wjazd do Jerozolimy, tudzież gałązki palmowe witających Go tłumów.
Zmęczeni wspinaniem się po schodach, stanęliśmy w otwartej furcie, za którą ciągnął się znowu korytarz, obiegający dokoła zabudowania klasztorne. Było tu cicho i martwo. Wesołe światło słońca, które przez powybijane okna padało na ściany, pełne niegdyś obrazów, oświetlało dziś albo spróchniałe ramy, albo sczerniałe płótna. Z pod sklepień zwieszała się opuszczona pajęczyna, bo pająki uciekły z pustek, gdzie nawet nie błąkała się żadna mucha. Za oknami, na czworobocznym dziedzińcu, wśród usychających drzew i bujnych ostów, było więcej gruzu niż trawy.
Na końcu korytarza, w niszy, stał ogromny krucyfiks, pod którym klęczał mnich w czarnym habicie, z głową podniesioną i rozłożonemi rękoma, jakby się rzucał do stóp krzyża, chcąc objąć święte drzewo. Wstrząsnąłem się.
— To posąg — rzekł sędzia.
Skręciliśmy. W drugim korytarzu stał rzeczywisty zakonnik w ciemnej sukni. Złożone na piersiach ręce wsunął w rękawy i patrzył na nas przygasłemi oczyma. Musiał to być człowiek bardzo stary; miał niewielką, białą brodę, czaszkę gładką i żółtawą jak kość, czoło pofałdowane podłużnemi brózdami.
Popatrzył na nas i usunął się w zagłębienie okna, mrucząc łaciński pacierz. Wziął nas za turystów.
— Dzień dobry księdzu — odezwał się sędzia.
— Niech będzie pochwalony — odparł starzec, nie podnosząc oczu.
— Przyszliśmy do księdza dobrodzieja...
— Aha!... Klasztor obejrzeć... Tu już coraz mniej jest do oglądania... Obrazów niema... organy zepsute... chyba groby. Proszę...
Odszedł parę kroków od okna i w przeciwległej ścianie popchnął żelazne drzwi. Spojrzałem. Był tam jakby szereg widnych piwnic. W głębi, z jednej strony okna, wielki stos trumien i desek, z drugiej — kupka czaszek i kości, a wzdłuż piwnicy, na prawo i na lewo, leżały gęsto obok siebie wyciągnięte habity z podniesionemi kapturami i rękawami złożonemi na krzyż. Oswoiwszy się ze światłem, dojrzałem pod jednym kapturem bielejące zęby, a w rękawach parę rąk skurczonych i zeschniętych jak patyki.
— Jestem sędzią śledczym — rzekł mój towarzysz.
— Aaa! Kogóż wy tu sądzić będziecie? — odparł zakonnik, wzruszając ramionami.
— Dziś w nocy ukradli wam dzwon...
— Tak, Marcina ukradli... Pewnie, że w nocy. Kiedym wyszedł dzwonić na jutrznię i pociągnąłem sznur, już nie odezwał się.
— Komuż to ksiądz dobrodziej dzwoni na jutrznię?
— Komu? Wszystkim — odpowiedział, wodząc ręką dokoła.
— A ci słuchają się? — spytał sędzia i wskazał na szereg leżących.
— Ooo! Czasami o północy bywa taki ścisk w kościele, że w stallach umieszczam tylko przeorów, a mniejsi ojcowie siadają w ławkach na środku.
— To ciekawe. Ale kto księdzu dzwon ukradł, a podobno i kołdrę z celi?
— Zawsze ci sami kradną.
— Ale kto? niech ksiądz powie. Mamy kilku podejrzanych i chodzi o stwierdzenie.
Starzec schował ręce w rękawy i podniósł ramiona.
— To nie moja rzecz.
— Jakże nie?... Nie można przecie tolerować złodziei, którzy nawet kołdrę zabrali księdzu.
— Bóg z nimi.
— Ależ oni całemu społeczeństwu wyrządzają krzywdę. Ukrywać ich, znaczy być ich wspólnikiem.
Starzec bystro spojrzał na mego towarzysza.
— Pytali mnie tu już dziś — odparł. — Ale to nie moja rzecz... nie moja rzecz... Miłujcie nieprzyjacioły wasze; czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą... to moja rzecz...
— Dobre to, z przeproszeniem księdza, dla owiec, które swojem tłustem mięsem częstują wilka i rzeźnika. Ale człowiek ma rozum, ażeby przykładał się do wytępiania złego.
Starzec ożywił się.
— Mówisz pan jak świecki, ale ja jestem zakonnik. Pański obowiązek przestrzegać ludzkich praw; ja muszę pilnować boskich.
— Boskie prawa są na to, ażeby ludziom było dobrze na świecie, ażeby sami byli coraz lepsi. Boskie prawa są wszechmądre, więc nie mogą być niepraktyczne.
— A co to jest praktyczne? — spytał zakonnik z uśmiechem.
Przymknął drzwi grobów i, drepcząc, poszedł w głąb korytarza, gdzie we framudze znajdowała się ławka.
— Przepraszam — rzekł — że usiądę, bo mi trudno stać. Siadajcie, panowie... Młodzi jesteście i światowi, więc to, com powiedział, może wam wydawać się dziwne, a nawet głupie... Ale to tylko z pozoru... Boskie prawa są bardzo praktyczne i, ażeby świat o nich nie zapominał, muszą być wykonywane choćby przez takich jak ja...
Sędzia trącił mnie kolanem i przymrużył oko, na znak, że teraz właśnie poznam osobliwego człowieka. Staruszek wydobył z za pazuchy lubianą tabakierkę z rzemykiem, otworzył, zażył z przyjemnością ciemno-zielonego proszku i nas poczęstował. Potem wysunął z rękawa chustkę w żółte i ponsowe kwiaty i położył ją przed sobą na pulpicie ławki.
— Trzeba panu wiedzieć — odezwał się sędzia do mnie — że ksiądz dobrodziej był kiedyś sławnym kaznodzieją...
— Ooo!... — szepnął zakonnik — to już bardzo dawno...
Zamyślił się. Chuda jego twarz zrobiła się jeszcze chudszą, nagie czoło pofałdowało się jeszcze gęściej i głębiej, zapadłe oczy unieruchomiły się. Zdawał się patrzeć na coś ze wzrastającym podziwem, ale tego, co on widział, my nie mogliśmy dojrzeć.
— To bardzo stara historja — zaczął głosem stanowczym, jakiego nie miał przed chwilą — stara historja... Może dwieście, może trzysta lat temu... Zdarzyła się w tych czasach, kiedy jeszcze Bóg miłosierny obmywał świat chrześcijański tureckiemi powodziami. Był, mówią, gdzieś pod Mekką, czy pod Konstantynopolem, potok ognisty, który co wiosnę skrapiał chrześcijańskie niwy krwią i łzami, a co kilkanaście lat tak wylewał, że tonęły w nim miasta, wsie, poła urodzajne, nawet całe narody. To były, panie dobrodzieju, straszne wylewy; tylko, że zamiast piasku, zostawiały popiół, węgle i niepogrzebane trupy. Oj!... panowie...
W tamtych czasach, w górzystym kraju siedmiogrodzkim, egzystował bogaty klasztor benedyktynów, zbudowany na skale. Miał warowne mury i dwanaście własnych armat przeciw pogańskiej mocy, a w dolinie — wielką liczbę folwarków.
Jeden z takich folwarków trzymał w wieczystej dzierżawie gospodarz węgierski, Czarny Miklos. Pobożny to był człowiek i zapobiegły, ale też miał i folwark cacko!... Leżał ów mająteczek u stóp góry. Już o milę drogi od folwarku miałeś pan dobrodziej łąkę jak trawnik, a na niej stado owiec, drugie — siwych wołów z krótkiemi rogami, trzecie — koni gniadych i kasztanowatych. Wszystka ta hołota cały dzień skakała i rżała po łące, trzy razy zbiegając się pod szopę do studni, gdzie ich pojono.
Za łąką rozciągał się niezmierny łan kukurydzy i pszenicy, z poza których już było widać między zielonością dom Miklosa — biały, jak grudka śniegu. A zaraz za domem leniwie podnosiła się góra, gdzie miałeś pan dobrodziej: niżej brzoskwinie i winogrona, wyżej jabłonie, grusze i sławne śliwki węgierskie, a jeszcze wyżej — las iglasty.
Był to raj, nie folwark. Wina stamtąd i owoców starczyło klasztorowi na cały rok, a jeszcze drugie tyle Miklos sprzedawał na swój zysk.
Ten pobożny gospodarz miał troje dzieci: najstarszy syn gospodarował z ojcem, średni, także Miklos, był na łąkach przy bydle, a pięcio albo sześcioletnia córeczka bawiła się przy domu.
Najwięcej niepokoju robił ojcu młodszy syn, niesłychany siłacz. Kiedy mając osiemnaście lat, zaczął powalać byki, ojciec poszedł na naradę do benedyktynów, i ci postanowili, ażeby oddał chłopca do wojska, bić Turków. Ale kiedy w dwudziestym roku zadusił starego niedźwiedzia, który nieopatrznie dostał się między owce, stary Miklos przestraszył się. Znowu poszedł do benedyktynów o radę, a ci uchwalili, ażeby chłopca przyprowadził do klasztoru.
— Taki siłacz — mówił przeor — może zrobić światu dużo złego, albo dużo dobrego. Więc oddaj go asan nam, ażebyśmy czuwali nad jego duszą.
Dostał się zatem młody Miklos do benedyktynów, gdzie ojcowie ćwiczyli go w pobożności; a ile miał wolnego czasu, kazali mu wiercić studnię w skale, na której wznosił się klasztor. I stało się, że w dziesięć lat chłopak, bez wielkiego utrudzenia, wykuł studnię na sto pięćdziesiąt łokci głęboką, która jest tam do dziś dnia, tylko zasypana. Z tej studni bardzo cieszyli się zakonnicy, bo już mogli wytrzymać każde oblężenie, bez troski o wodę.
O parę mil od klasztoru, na skale jeszcze dzikszej, stał zamek węgierskiego magnata Gejzy. Był to wielki rabuś okrutnik, który przez związki z szatanem i czarnoksiężnikami w siedemdziesiątym roku życia trzymał się zupełnie młodo. Przez pół wieku palił, mordował i rabował cały kraj. A gdy wszystkich obdarł, wyniósł się ze swymi pachołkami na turecką granicę, bo tam miał okazję do większych rozbojów i zarobków.
Na nieszczęście dla chrześcijan i klasztoru benedyktynów, wstąpił na tron turecki jakiś wielki sułtan, Mahmud czy Selim — panowie lepiej powinniście o tem wiedzieć. Ten myślał o zawojowaniu całej Europy, a przedewszystkiem tak zabrał się do uporządkowania swego państwa i granic, że nawet Gejza, ścigany przez janczarskie pułki, uprzykrzył sobie tureckich kupców i przeszedł do Siedmiogrodu.
Banda Gejzy mocno uszczuplała w ciągłych bojach, a on sam poczuł już drugą starość na grzbiecie. Gdy więc wrócił do swego zamku i z czarnoksiężnikami odprawił czarną mszę, szatan powiedział mu, że lekarstwo na swoje kłopoty znajdzie w domu Miklosa.
Pojechał tam Gejza ze świtą, łupiąc po drodze, co się dało. A gdy spotkał starego Miklosa, który w tej porze pilnował zbioru winogron na wino mszalne, rzekł mu:
— Hej! chamie... Albo mi dasz swego syna siłacza do świty, albo córkę, o której słyszę, że ma lat szesnaście i jest jeszcze niewinna. Widziałem już syreny śpiewające w morzu, smoki ogniem ziejące, hieny z ludzkiemi głowami; alem jeszcze nie spotkał chłopca, który łamie kości niedźwiedziom, ani szesnastoletniej dziewczyny niewinnej.
Tak prawił bezbożnik. A na to mu stary Miklos:
— Syn mój, cham czy nie cham, jest u benedyktynów poświęcony Bogu, więc prawuj się jaśnie wielmożny pan z Bogiem o niego. A córki nie dam, choćby przyjechał po nią sam Rakoczy.
Po takiej odpowiedzi, zbrodniarz Gejza trzasnął starca czekanem w głowę i zabił na miejscu. Starszego syna, który porwał się z pałaszem, kazał wbić na pal; podłożył ogień pod dom i spalił w nim żonę Miklosa Czarnego, a niewinną córkę porwał do zamku.
I wiecie, panowie dobrodzieje, co z nią zrobił? Odprawił drugą czarną mszę, dziewczynę pod ołtarzem szatana zarznął, jak owcę, i... wypił jej krew, ażeby znowu odmłodnieć... Co się też stało, na chwilowy triumf szatana, a zawstydzenie świętej wiary...
Tymczasem młody Miklos był wciąż w klasztorze i, dzięki pracy ojców benedyktynów, rósł w pobożność. Lecz, mocny w ramionach, był słaby w naukach duchownych; więc zamiast wielu mądrych przepisów, świątobliwy przeor zaszczepił w nim tylko jedno, ale największe przykazanie:
„Miłuj cie nieprzyjacioły wasze; czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą.“
Kiedy wieść o wymordowaniu rodziny Miklosa Czarnego doszła do klasztoru, młody Miklos zaczął tak jęczeć, że ojcowie w dzień ani w nocy spokoju nie mieli; a tak bił głową o mury, że można było lękać się o całość warownej świątyni. Wtedy bogobojny przeor wezwał go i rzekł:
— Mój synu! widzę, że zakonnikiem nie będziesz. Ale i w stanie świeckim możesz osiągnąć Królestwo Niebieskie, jeżeli podejmiesz się roboty, którą ci wyznaczę, i będziesz troskliwie wypełniał przepis: „Miłujcie nieprzyjacioły wasze; czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą.“
I opowiedział mu świątobliwy przeor, gdzie ma iść i co ma robić. Przypomniał mu również, aby połowę tego, co zarobi, wiernie kościołowi oddawał. Potem udzielił mu błogosławieństwa i opatrzył na drogę, a gdy Miklos opuścił benedyktynów, zawiadomił Gejzę, że chłopca już niema w klasztorze. Bo Gejza bezbożnik, niedość mając krwi Miklosa Czarnego, jeszcze dopytywał się o żyjącego syna i groził klasztorowi najazdem, gdyby mu z dobrej woli nie oddano siłacza.
Wyszedłszy z klasztoru, Miklos wstąpił na ruiny folwarku ojca i, trzy dni leżąc krzyżem na zgliszczach, wylał tyle łez, że w tem miejscu trysnęło źródło, które jest po dziś dzień, ale nikt z niego wody nie pije, gdyż jest gorzka i piecze wnętrzności. Wypłakawszy się zaś, poszedł w góry i (jak radził mu świątobliwy przeor) został przewodnikiem na najniebezpieczniejszej drodze.
Powinniście wiedzieć, panowie, bom ja nieuczony zakonnik, że w owych czasach między Turcją i Węgrami stały dwa pasma gór, niby dwa mury, zabezpieczające świat chrześcijański od pogan. Między pasmami leżała górska dolina, na którą i od strony Turcji, i od Węgier trzeba było wdrapywać się bardzo ciasnemi wąwozami na wysokość dwudziestu wież kościelnych.
Szczególniej od strony Węgier wejście było okropne. Widzisz ciasny korytarz, którego środkiem płynął bystry potok, jednego dnia tak płytki, że człowiek ledwie podeszwy w nim zamaczał, a na drugi raz tak pełny wody rozhukanej, że niosła kamienie wielkości pieca.
Tym korytarzem, między gładkiemi i ciemnemi skałami, które zdawały się do nieba sięgać, szedłeś z tysiąc kroków i spotykałeś przed sobą znowu gładką ścianę niezmiernej wysokości, ze szczytu której lał do wąwozu ryczący wodospad. W tem miejscu od huku wody i zadzierania głowy najmężniejsi doznawali zawrotu, i nikt nie myślał o wdrapywaniu się na dolinę, która leżała na dwadzieścia wież wysoko.
Dopiero bystre oko pasterzy górskich wyśledziło, że w prawej ścianie wąwozu jest jakby wisząca ścieżka. Ciągnęła się ona, nieszersza od gzemsu w kościele, z początku nisko, potem wyżej, a potem już strasznie wysoko, ponad kipiącą w dole wodą, aż do hali, przez którą można było przejść za granicę turecką. Pasterze, myśliwcy i ścigani zbiegowie szli po tym gzemsie napowietrznym, modląc się i zamykając oczy. Ale z pomiędzy nieoswojonych ludzi większa część nie mogła przetrzymać widoku okropnej przepaści, i dobrowolnie rzucali się z gzemsu w otchłań.
Na tej ścieżynie, za poradą bogobojnego przeora, siłacz Miklos został przewodnikiem. Ilu przeprowadził zbiegów i kupców, za ile miljonów przeniósł drogocennego towaru — nikt nie obliczy. Dosyć, że wieść o przewodniku prędko obiegła Węgry, i ruch podróżnych przez zawrotną ścieżkę wzmógł się bardzo. Jaka zaś była wdzięczność ludzka, dowód w tem, że po trzech latach ojcowie benedyktyni wybudowali srebrny ołtarz z ofiar tych, co przechodzili ścieżką, bo pobożny Miklos cały zarobek oddawał zakonowi.
Pewnego dnia (było to w pięć lat po opuszczeniu klasztoru) bogobojny przewodnik Miklos wyszedł o świcie z jaskini, gdzie zamieszkiwał, na brzeg wąwozu, oczekiwać podróżnych, którzyby posług jego potrzebowali. I, niedaleko strasznej ścieżki, ujrzał wśród lasu dwa konie, parę okutych skrzynek, tudzież podróżnego, który twardo spał pod drzewem.
Już Miklos schylił się, aby zbudzić śpiącego, gdy wtem ktoś trącił go w ramię. Miklos odwrócił się i zobaczył chudego człowieka w czarnem odzieniu, ze śniadą twarzą i nadzwyczaj bystremi oczyma.
— Wiesz ty — zapytał Miklosa śniady człowiek — wiesz, kto jest ten śpiący?...
— Pewnie jakiś nieszczęśliwy, który przez moją ścieżkę musi udawać się do Turcji — odpowiedział Miklos.
Śniademu człowiekowi jeszcze mocniej błysnęły oczy.
— To jest — mówił powoli śniady człowiek — to jest jaśnie wielmożny Gejza...
Miklos osłupiał. Nagle krew uderzyła mu do głowy. Porwał ogromny kamień i rzucił się do śpiącego. Lecz gdy podniósł ciężar, przyszły mu na myśl słowa, które powtarzał przy każdej ciężkiej pracy:
„Miłujcie nieprzyjacioły wasze.“
— Walże go!... — szepnął śniady człowiek. — To Gejza, który zabił twego ojca...
„Czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą“ — myślał pobożny Miklos i opuścił ręce.
— Pił krew twojej siostry... wbił na pal brata... Teraz zrabował klasztor i z klejnotami ucieka do Turcji!... — szeptał ten śniady.
— Panie!... ku ratunkowi memu pokwap się... — rzekł Miklos, nie wiedząc, co począć.
Chudy człowiek odskoczył i zawołał:
— Nie gadaj głupstw, ty klasztorny wywłoko, tylko rozbij łeb temu, który wymordował ci całą rodzinę!...
— Miłujcie nieprzyjacioły wasze... — powtarzał Miklos, którego niewielu modlitw nauczono w klasztorze.
Czarno ubrany człowiek zazgrzytał zębami i, ścisnąwszy pięści, rzekł:
— Głupia pało benedyktyńska! cały świat krwawemi łzami zapłacze na niego i na ciebie, jeżeli puścisz go żywym...
Spojrzał z nienawiścią na Miklosa i skrył się między drzewami.
W tej chwili obudził się Gejza. Usiadł, ziewnął, przetarł oczy i, zobaczywszy Miklosa, spytał:
— Ty jesteś przewodnik?
— Ja jestem przewodnik Miklos, jak pan jesteś jaśnie wielmożny Gejza, rabuśnik i morderca...
Magnat zerwał się, ścisnął szablę w ręku i krzyknął:
— Zdaje mi się, że łżesz, chamie! Bo gdybyś był Miklosem, zadławiłbyś mnie, kiedym spał...
— Jestem Miklos, Boży sługa, i spełniam wolę Pana mego, który kazał miłować nieprzyjacioły, a czynić dobrze tym, co nas nienawidzą...
Gejza rozśmiał się.
— Jeżeli tak nakazał ci twój Pan, to powinieneś mnie przeprowadzić żywego i zdrowego przez tę ścieżkę...
— Przeprowadzę...
— A uważaj!... bo mi się kręci w głowie...
— Będę uważał...
— To może i przeniesiesz moje kufry? — spytał Gejza.
— Przeniosę...
Włożył sobie na plecy bogobojny Miklos kufry, napełnione benedyktyńskiemi klejnotami, pod których ciężarem uginały się konie, i rzekł:
— Idźmy, panie.
Gejza zdziwił się na widok takiej siły.
— Prawdę mówili mi ludzie o twojej mocy i o niewinności twojej siostry... Maryna jej było na imię, czy jak?...
— Panie, ku ratunkowi memu pokwap się! — szepnął Miklos, czując, że wobec naigrawań Gejzy wściekłe zwierzę budzi mu się w sercu.
Doszli lasem do ścieżki. Wtedy Gejza spojrzał na nią, pokręcił wąsa i mruknął:
— Oj! widzę, że cham ukręci mi tu szyję... Ale pójdę, bom przecie magnat węgierski.
I zaczął iść Gejza bokiem niezmiernej skały, ścieżyną wąską, po oślizgłych kamieniach, a za nim Miklos z ciężkiemi kuframi. Niekiedy, zapierając oddech, trzeba było przyciskać się do mokrej ściany, z głową schyloną pod urwiskiem, z jedną nogą opartą na kamyku, niewiększym od pięści, z drugą zwieszoną nad przepaścią, gdzie w głębi, na dziesięć wież kościelnych, huczał potok, podobny dalekiemu grzmotowi. Raz wpadł na nich gęsty obłok i tak oślepił Gejzę, że bezbożnik zachwiał się i byłby runął w otchłań, gdyby Miklos nie pochwycił go za kołnierz i jak szczeniaka nie zaniósł na bezpieczniejsze miejsce.
Tu już nie było widać przepaści, tylko błękitną mgłę w dole. Zadyszany Gejza przetarł oczy krwią nabiegłe i rzekł:
— Za twego ojca dam ci dziesięciu prawdziwych murzynów... za twoją siostrę dziesięć młodych Turczynek, tylko idź ze mną do Stambułu!...
Miklos, słuchając tych bluźnierstw, gryzł sobie palce do krwi. Chwilami chciał porwać Gejzę, pogruchotać mu kości i rzucić się razem z nim nadół; ale wspomniawszy słowa: „Miłujcie nieprzyjacioły wasze!...“ — opamiętał się.
— No, i dlaczego, chamska duszo, nie chcesz iść do mnie w służbę?... Dam ci pół kufra klejnotów! — mówił Gejza.
— Bo już służę Panu Bogu mojemu — odpowiedział Miklos.
— Głupiś, niema żadnego Boga... Gdyby był, wdawałby się ze mną, potomkiem Arpada, nie z klasztornym wywloką... Jest tylko świat, a w nim rozum, który wy, klechy, nazywacie szatanem!... — wrzeszczał Gejza.
— Gdyby Boga nie było — rzekł sprawiedliwy Miklos — leżałbyś już, panie, tam... o!... rozbity jak mysz, którą wóz przejechał...
Gejza wyciągnął szablę.
— Nie stulisz ty pyska?... chcesz, żebym zrobił z tobą, co z twoim ojcem?... — wołał rozjuszony.
— Schowaj pałasik — odpowiedział Miklos. — Nie porąbiesz nim ani tej skały, żeby była niższą, ani przepaści, ażeby stała się płytszą, a dla mnie tyle on znaczy, co wiór.
Gejza umilkł. Pięli się po kamiennej ścianie coraz wyżej, aż tam, gdzie wąwóz ścieśnił się na szerokość bramy i skąd rzucał się ogromny wodospad. Już byli na szczycie. Za sobą mieli przepaść, przed sobą rozległą dolinę, na której nic nie rosło, chyba duże głazy dziwnych form, gęsto ułożone jeden przy drugim. Z prawej i lewej strony nad dolinę wznosiły się szare skały, zawalone śniegiem, który ciągle topniał, podsycając mnóstwo strumieni. Była ich taka obfitość, że gdyby przez wodospad nie staczały się w otchłań, mogłyby utworzyć jezioro...
Gejza pilnie obejrzał dolinę, potem ścieżkę, którą się tu dostali; coś zapisał, wyrysował i rzekł do Miklosa:
— Podła jest ta twoja ścieżka, ale oskardami i prochem możnaby z niej zrobić gościniec, nawet dla wozów.
— Pewnie, że tak — odparł Miklos, ciesząc się w duchu, że magnat wybuduje porządną drogę na chwałę Bogu i pożytek ludziom.
Doszli do końca doliny, a następnie Miklos sprowadził Gejzę z jego kuframi wdół, na turecką stronę. Złazić trzeba było z bardzo wysoka, ale już nie tak przepaścisto.
Gdy już mieli rozchodzić się, Gejza odezwał się na pożegnanie:
— Bądź zdrów, chamie, kiedyś głupi, i zamiast trzymać się mnie, jaśnie wielmożnego Gejzy, służysz takiemu Panu, którego nawet nie stać, żeby ci buty sprawił.
Minęła jesień, zima. Na wiosnę spostrzegł Miklos, że coraz mniej podróżnych przechodzi w stronę Turcji, ale że natomiast z podgórskich wsi poczynają ludzie uciekać w głąb kraju. Spotkawszy taką gromadę, dowiedział się, że zbrodniarz Gejza zwąchał się z sułtanem, zebrał pół miljona niewiernych i ciągnie z nimi naprzód na Węgry, potem na zawojowanie całej Europy.
— Nie wiem, czym ja dobrze zrobił — pomyślał Miklos — że puściłem zdrowo tego grzesznika?...
I trapił się do wieczora. Ale w nocy miał sen. Najpierw pokazała mu się dusza matki i rzekła:
— Synu mój, Miklosu! Iżeś uratował Gejzę, naszego wroga, wydobyłeś mnie, ojca i brata z mąk czyścowych, gdzie paręset lat wypadłoby nam cierpieć, gdyby nie twoje posłuszeństwo boskim nakazom.
A po matce ukazał się Miklosowi duch przeora benedyktynów, który mówił:
— Bracie! My, pomordowani przez Gejzę zakonnicy, donosimy ci, że przez twoją miłość dla nieprzyjaciela ulżyłeś nam mąk czyścowych. Pierwej bowiem tonęliśmy na sto łokci głęboko w ogniach doczesnych, a teraz siedzim tylko po łopatki. Bo, mój bracie, nawet w świątobliwem życiu klasztornem nie jest człowiek wolny od grzechu...
Sen taki pokrzepił Miklosa i umocnił go w wierze.
Jednego dnia bogobojny przewodnik usłyszał w górach hałas, a myśląc, że idą podróżni, pobiegł czem prędzej swoją ścieżką na dolinę. Im więcej zbliżał się do niej, tem lepiej odróżniał łoskot toporów i wybuchy prochowe. Wdrapał się więc na szczyt sąsiedniej skały i spojrzał wdół.
Po dolinie uwijało się kilka tysięcy ludzi w szatach białych, czerwonych, zielonych i w turbanach na głowie. Z wielkim pośpiechem rozbijali oni kamienie i budowali drogę od Turcji do Węgier.
— Oczywiście są to poganie — myślał pobożny Miklos. — A jeżeli poganie, więc nieprzyjaciele wszystkich chrześcijan; ergo... powinienem ich miłować i dobrze im czynić.
Zeszedł tedy w dolinę, między Turków, którzy w pierwszej chwili chcieli go zabić, co jeszcze bardziej utrwaliło Miklosa w miłości dla nich. Na szczęście, znalazł się jakiś cygan, który poznał bogobojnego przewodnika. Więc poszwargotał z pogaństwem, opowiedział im o sile Miklosa i uratował mu życie. Nie zabili go, lecz natomiast kazali ciężko pracować.
Trudził się tam biedak niemało: odrzucał kamienie, dźwigał beczki z prochem, nawet armaty. A gdy ustał ze zmęczenia, okrutni Turcy chłostali go batami z bawolej skóry, wciąż zmuszając do najniebezpieczniejszej pracy.
Między poganami uwijał się Gejza. On wskazał im to przejście do Węgier, on kierował budowaniem drogi, on zakładał miny prochowe, gdzie należało. Zobaczywszy zaś Miklosa, kazał go okuć w kajdany i smagać jeszcze lepiej.
— Tak, chamie, płaci twój Niebieski Pan za służbę! — mawiał, śmiejąc się, bezbożnik.
Nareszcie sprzykrzyła się Miklosowi poniewierka wśród pogan. Pewnej nocy zerwał łańcuchy i znajomą sobie szczeliną umknął na szczyt skały, skąd mógł przypatrywać się wszystkim czynnościom Turków.
Niekiedy wyrzucał sobie, że nie miłuje nieprzyjaciół, ale wnet pocieszał go rozsądek:
— Gdybym sto lat mieszkał w klasztorze i biczował się co piątek, jeszcze na grzbiet mój nie spadłoby tyle batów, ile mi dali niewierni. Wdzięczny im jestem za pracę nad zbawieniem duszy mojej, ale... muszę się przecież i wygoić...
Tymczasem Turcy, pod kierunkiem Gejzy uporządkowawszy dolinę, wzięli się do strasznej ścieżki Miklosowej, ażeby przerobić ją na gościniec do Węgier. Rąbali skałę oskardami, rozsadzali prochem, wiercili korytarze, budowali mosty na łańcuchach. Ilu przy tem stoczyło się ludzi w przepaść, Bogu wiadomo; lecz po dwóch tygodniach wykuli gościniec tak szeroki, że można nim było prowadzić konie, wozy i armaty.
Od cygana, który, porzuciwszy Turków, uciekał do chrześcijan, Miklos dowiedział się, że między Gejzą i wezyrem, dowodzącym sułtańską armją, wybuchły nieporozumienia. Pokłócili się o jakąś dziewczynę, Czerkieskę. Gejza porwał się z szablą na wezyra, a nie mogąc go dosięgnąć, umknął w góry; wezyr zaś przysiągł, że hardego magnata wbije na pal. Wyznaczył nawet do tej czynności jednego ze swych oprawców, olbrzyma murzyna, który zatrzymywał w biegu armaty, ciągnione przez cztery konie.
— Będzie bieda z Gejzą! — rzekł Miklos po tej opowieści.
— Albo z wezyrem! — odparł cygan. — Bo Gejza po obu końcach doliny ma w tajemnicy zakopane prochy; jeżeli wysadzi je, zepsuje drogę, i Turcy nie wejdą do Węgier. A wtedy wezyr siądzie na pal z rozkazu sułtana.
Usłyszawszy to, Miklos pomyślał, że jednak życie klasztorne nie naraża duszy człowieka na tyle pokus i niebezpieczeństw, co życie świeckie.
Siedząc na szczycie skały, skąd było widać Turcję i Siedmiogród, Miklos niebawem ujrzał pochód wojsk pogańskich przez dolinę.
Szli bez przerwy, w dzień przy świetle słońca, w nocy przy krwawym blasku pochodni. Jezdni, piesi, armaty i wozy ciągnęli jak niezmierna rzeka, która podnosiła się od strony tureckiej wgórę, wlewała się całym ogromem w górską dolinę, a z niej gościńcem, przerobionym z Miklosowej ścieżki, bystro spływała na Węgry.
W oczach mroczyło się bogobojnemu przewodnikowi na widok tylu tysięcy ludzi w białych, czerwonych i zielonych turbanach, w baranicach czarnych lub siwych, w żelaznych i mosiężnych szyszakach. Przez turkot ich dział, przez gwar ich rozmowy już nie przedzierał się ani huk wodospadu, ani nawet odgłosy burzy, szalejącej nad górami.
Szli tak dniem i nocą, przez cały tydzień. Trzecia część ich leżała jeszcze obozem na równinach tureckich, trzecia część rozbijała namioty w górskiej dolinie, a trzecia część już zwaliła się na Węgry, w liczbie dwustu tysięcy ludzi i dwustu armat. Jak świat światem, nie widziano takiej powodzi heretyków.
W ciągu lat, poprzedzających najazd, niesforne państwa chrześcijańskie szarpały się pomiędzy sobą. Bił Anglik Francuza, Hiszpan Włocha, Włoch Niemca, i wszyscy gubili mnóstwo dusz, odkupionych przez mękę Zbawiciela. Lecz gdy rozeszła się wieść, że wielka armja turecka od Węgier zalewa Europę, Bóg oświecił panów chrześcijańskich: pogodzili się między sobą i jak jeden mąż ciągnęli do tej równiny w Siedmiogrodzie, na którą przez Miklosową ścieżkę lała się powódź niewiernych.
Ze szczytu skały patrzył Miklos na rzeczy nadzwyczajne. Widział, jak tureckie zastępy wychodziły z wąwozu, rozlewając się na węgierskie pola i łąki. Tylu ich było po całotygodniowym wypływie, że zdawali się jak pstry dywan, uszyty z białych, czarnych, czerwonych i żółtych kawałków, ze dwie mile długi, z pół mili szeroki. A ilu ich jeszcze obozowało w górach, a ilu na tureckiej stronie!...
Przeciw wyjącej tłuszczy, której przybywały coraz nowe posiłki, sunęła od zachodu połyskliwa linja wojsk chrześcijańskich. Jak ogniwa żelaznego łańcucha, szły naprzód kirasjerskie pułki, za niemi roje lekkiej jazdy wszystkich narodów, a w przerwach między konnemi pełzały leniwie kolumny piesze, podobne do wielkich jeżów.
Jeszcze rycerstwo chrześcijańskie było o godzinę marszu, kiedy wezyr począł szykować swoje zastępy. Z dwumilowej długości poganin skurczył się, jak zły robak, gotujący się do skoku. Potem pękł wzdłuż i zmienił się we dwa żywe mury, każdy długi na milę, gruby na piętnastu ludzi. Mury te stały za sobą w odległości tysiąca kroków. Gdyby pierwszy rozbito, zostawał drugi, zasilany nowemi kolumnami od wąwozu.
Miklos, choć nie wojak, tylko pokorny sługa Boży, widząc to wszystko jak na dłoni, rozumiał, że jeżeli nie będzie cudu, chrześcijanie legną u tych dwu ścian, reszta zaś Turków, obozująca w górach i za górami, niby po moście, wejdą do Europy po zwłokach swoich poprzedników i przeciwników.
Około południa nadciągnęło Chrystusowe rycerstwo, i zaczął się bój armatniemi pociskami. Było tam wiele dymu i huku, ale mało krzywdy. Kule tureckie jakby ześlizgiwały się po kolumnach, w żelazo zakutych; kule chrześcijan tonęły w cielsku pogańskiem, jak igły w stogu siana.
Nagle łoskot armat umilknął, ucichł gwar ludzki, a rozległ się dziwny odgłos. Coś zadudniło i zachrzęściało, jak po bruku wozy naładowane żelastwem; potem nastąpiło uderzenie, jakby cały ten ciężar padł z góry w piasek, i ze stu tysięcy piersi wybuchnął jeden okrzyk: a... a... a!...
Pięć pułków kirasjerskich uderzyło w środek tureckiej ławy, miażdżąc siebie i pogan, ludzi i konie. Ściana pękła, a na środku utworzył się krwawy stos ciał, tak pogniecionych, jakby na ludzkie mrowisko zwalił kto skałę.
Za kirasjerami przeleciała lekka kawalerja i przypełznęły piesze kolumny, rąbiąc, koląc i strzelając rozbitego nieprzyjaciela.
Ale druga ściana turecka stała w miejscu nietknięta. Poganin wysunął przed siebie wozy i drewniane kozły i czekał natarcia. Tak go nic nie obchodził upadek pierwszej linji, tak potężna rezerwa nadciągała od gór, że Turcy zamiast martwić się, śpiewali i bębnili. Rozumieli, że w tym zwycięskim boju chrześcijańska armja stopniała do połowy, i widzieli, że im samym posiłki od wąwozu nadchodzą. Wciąż nadchodzą... wciąż nadchodzą!...
Ze skały, na której znajdował się Miklos, równie dobrze było widać pole bitwy, jak i górską dolinę, skąd przepaścistym gościńcem, obok wodospadu, spływała nadół druga armja pogańska.
Widząc garstkę zwycięskich chrześcijan i niezmierne tłumy jeszcze nietkniętych nieprzyjaciół, którzy, niby wezbrany potok, rwali się nadół, do boju, pobożny Miklos uczuł trwogę i żal. Ukląkł na szczycie, podniósł ręce do nieba i głośnym płaczem wzywał boskiego miłosierdzia.
Wtem ktoś trącił go. Miklos obejrzał się i zobaczył Gejzę. Magnat miał poszarpaną odzież i niedobry ogień w oczach.
— Chamie! — zawołał — jak tu zejść do jaskini, co jest przy wodospadzie?...
Około wodospadu Turcy ciągle szli tłumem, a za maszerującą ciżbą kipiała w dolinie sto razy liczniejsza czerń i wyła z gniewu, aby spaść nadół i dokończyć pogromu.
Na widok rozjuszonych pogan, którzy zagładą grozili światu, na widok zbrodniarza Gejzy, który ich sprowadził, bogobojny Miklos stracił panowanie nad sobą.
— Pięknie zrobiłem — pomyślał — miłując takiego nieprzyjaciela! I piękne są boskie rozkazy, przez które wylewa się tyle krwi!...
A schwyciwszy Gejzę za kołnierz, krzyknął:
— Wpadłeś mi znowu w ręce, Judaszu!... Wybaczyłem ci własną krzywdę, ale już ludzkiej nie daruję... Idźże do swoich Turków najbliższą drogą!...
Podniósł go i już chciał wybladłego cisnąć w wodospad, na dwadzieścia piętr głęboko, gdy nagle ujrzał przed sobą postać świętego Benedykta. Święty pogroził Miklosowi.
Zdumiony olbrzym puścił Gejzę. Owszem, widząc tak wyraźny znak nieba, wskazał bezbożnikowi drogę nadół, do jaskini przy wodospadzie, obok którego maszerowali Turcy.
A na równinie wciąż pasowało się chrześcijańskie męstwo z turecką liczbą. Już i druga ściana pogan, wyszczerbiona w kilku miejscach, chwiała się pod ciosami, ale chrześcijanie wprowadzali w bój przedostatnie kolumny, kiedy Turkom napływały coraz nowe. Było wyraźne, że nim ostatni oddział pogan zejdzie z górskiej doliny, już ostatni rycerz Chrystusowy odda Bogu zmęczonego ducha.
Wtem w dolinie, mrowiącej się tureckiem żołdactwem, tuż obok wodospadu, błysnęło, i rozległ się huk piorunu. Skała, na której stał Miklos, drgnęła, i wielki jej odłam upadł na początek gościńca, zbudowanego przez Gejzę. Zamknął Turkom drogę i zatkał ujście potokowi, który, zamiast spadać nadół, cofnął się i rozlał po dolinie.
Jeszcze Miklos nie ochłonął ze zdumienia, kiedy na drugim końcu doliny rozległ się nowy grzmot. Odłamy kamieni wysoko poleciały wgórę i z łoskotem posypały się między Turków, wołających wielkim głosem:
— Zdrada! zdrada!...
To Gejza i jego pomocnicy wysadzili prochami skały przy wejściu i wyjściu z doliny. Część armji pogan, która leżała obozem po tureckiej stronie, już nie mogła wejść do Węgier, gdyż zepsuto jej drogę. Walczący na równinie z chrześcijańskiem rycerstwem pozbawieni zostali posiłków, a ze sześćdziesiąt tysięcy niewiernych znalazło się zewszechstron zamkniętymi w dolinie, którą szybko napełniała woda, nie mająca odpływu.
Nim zapadł wieczór, armja turecka po stronie Węgier została doszczętnie rozbita i zabrana w niewolę. A gdy zaświtał nowy dzień, Miklos ze szczytu swej skały ujrzał okropne widowisko.
Zamknięci w dolinie Turcy mieli już wody po ramiona; potok bardzo bystro przybierał. Napróżno nieszczęśliwi próbowali wdrapywać się na skały: co który wszedł, ześlizgiwał się w wodę, jak mysz w polewanym garnku.
Z początku klęli i grozili niewiadomo komu. Wreszcie poznawszy, że śmierć nieunikniona, zaczęli wznosić ręce ponad wzburzone fale, błagając Boga o miłosierdzie w życiu przyszłem.
Zbliżało się ono do biedaków wielkim krokiem, bo nadomiar zakłębiły się chmury, i na tonących zaczął padać rzęsisty deszcz.
Pobożnemu Miklosowi serce ścisnęło się na widok tej niedoli. Nigdy jeszcze tak gorąco nie pragnął miłować nieprzyjaciół i czynić dobrze nienawistnym, ale co mógł poradzić przeciw rozpętanym żywiołom?...
Wtem Bóg, litościwy ojciec nawet dla pogan, natchnął Miklosa świętą myślą. Widząc, że na tonących pada deszcz, pobożny przewodnik pobłogosławił go i, przeżegnawszy dolinę, zawołał:
— Ja was chrzczę!... W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego... Amen...
Na powierzchni wód widać było już ogolone głowy.
Ledwie skończył chrzest bogobojny Miklos, wnet przeleciało nad nim parę białych gołębi, potem kilka... kilkanaście... W zalanej dolinie jęki milkły; coraz więcej głów znikało pod wodą, a nad Miklosem coraz więcej przelatywało gołębi. Nareszcie zerwały się takie roje, że od blasku ich skrzydeł widać było na chmurach jasną łunę.
Potem znowu przeleciało tylko kilkanaście Bożych ptaków... Potem kilka... Dwa... Wreszcie jeden — ostatni...
To były dusze Turków, zbawionych dzięki sakramentowi Chrztu Świętego, którego w ostatniej chwili udzielił im Miklos.
Opowiadający zakonnik odpoczął, zażył tabaki i mówił dalej:
— W rok po nadzwyczajnych wypadkach, kiedy pobożny Miklos, już nie mogąc być przewodnikiem, siedział w górach jako pustelnik, stanął przed nim Gejza, ubogo ubrany, siwy, z wyrazem przerażenia w oczach. Wpatrzył się w Miklosa i, zdziwiony, rzekł:
— Nie uciekasz przede mną?... Ty pierwszy nie uciekasz od nieszczęśliwego?...
— Cóż ci dolega, bracie? — zapytał go pustelnik.
— Co?... — Tu Gejza porwał się za głowę. — Wszyscy mnie unikają, nawet dzikie zwierzęta... Tej zimy, gdy błąkałem się po lasach, usłyszałem głos, wołający ratunku. Był to człowiek, którego napadli wilcy. Przybiegłem, nawet bez kija, i... wilki pierzchły. Ale ów człowiek, gdy popatrzył na mnie, zawołał: „Przeklęty!...“ — i... umarł... Wreszcie i ty pewno uciekniesz, bo... spojrzyj tylko na ślady moich nóg...
Miklos spojrzał i przeżegnał się: ślady Gejzy były krwawe...
— Jestem przeklęty!... — mruczał magnat.
— Miłosierdzie Boże jest nieograniczone — odparł Miklos.
— Tak mówisz?... Nauczże, co mam robić, ażeby mi Bóg przebaczył, choćby po skończeniu świata...
— Jednego mogę cię nauczyć — rzekł pustelnik. — Miłuj nieprzyjacioły twoje i czyń dobrze tym, którzy cię nienawidzą.
— W całem chrześcijaństwie nie znajdę człowieka, któryby przyjął moje usługi — westchnął magnat.
— Więc idź między jeńców tureckich.
I poszedł Gejza, znacząc za sobą krwawe ślady. Niedaleko pustelni znalazł gromadę Turków, którzy, zakuci w łańcuchy, o głodzie i chłodzie pracowali nad budową zamku dla jednego pana węgierskiego. Gejza zbliżył się do jeńców i zaczepił najbiedniejszego:
— Jam jest Gejza, który was wtrącił w nieszczęście. Daj mi, bracie, twój łańcuch i pozwól zastąpić się w pracy.
Turek spojrzał na niego ze wzgardą i wziął się do roboty.
Gejza spostrzegł w tłumie młodego bimbaszę, z którym znał się kiedyś, i rzekł:
— Jusufie bimbaszo, jesteś człowiek młody i oświecony, nie taki gbur, jak tamten. Więc pozwól mi zastąpić cię w niewoli, a sam wracaj do rodziców, którzy wylewają łzy po tobie...
Ale Jusuf plunął mu w twarz i odszedł za innymi.
Zobaczył to pewien stary derwisz i, ulitowawszy się, powiedział do pokutnika:
— Gejzo, w naszych oczach podlejszy jesteś od psa parszywego. Ale, jeżeli chcesz zmazać winy twoje przed Bogiem, idź do tego oto lasu... Tam tuła się oszalały murzyn, który był katem wezyra, i od roku wzywa cię, abyś do niego przyszedł. Sądzi bowiem, że odzyskałby rozum, gdyby mógł napić się twojej krwi...
Gejzie włosy na głowie powstały i zemdlał z trwogi. Ale, ocknąwszy się, poszedł do lasu, gdzie biegał szalony murzyn, który wciąż wolał ogromnym głosem:
— Gejzo!... Gejzo, gdzie jesteś?...
— Jestem! — odezwał się pokutnik.
Murzyn nadbiegł, dysząc jak wściekły buhaj, a suche gałęzie trzeszczały mu pod nogami jak pod stopą niedźwiedzia. Ledwie spojrzał na Gejzę, zdarł z niego odzież, utopił zęby w jego ramieniu, oderwał kawał ciała i napił się krwi. Potem zapalił ogień, a uskrobawszy z sosen żywicy, rozgrzał ją i zalał nią ranę.
Gejza cierpiał bez jęku. A gdy murzyn zasnął, Gejza czuwał nad swoim katem, lub zbierał w lesie korzonki, aby go nakarmić.
Taką mękę po wiele razy zadawał pokutnikowi szalony murzyn. Gryzł mu ręce i nogi, pił jego krew i zalewał rany roztopioną żywicą. Ale Gejza radował się, bo już nie zostawiał za sobą krwawych śladów.
Nareszcie pewnego dnia murzyn, wyspawszy się przez całą dobę, powstał z barłogu przytomniejszy i powiedział do Gejzy:
— Tyżeś to, zdrajco, który zgubiłeś sułtańską armję i mojego pana, wezyra?... Wezyr nie żyje, ale ja muszę cię wziąć na męki, bo tak mi przykazał, umierając.
— Jakie on mi jeszcze męki chce zadać? — pomyślał Gejza. A chociaż miał nadludzką odwagę, jednak począł drżeć jak schwytany zając, i zimny pot oblał mu ciało.
— Chodź, Gejzo — rzekł murzyn.
Weszli na wysokie wzgórze wśród lasu. Tam oprawca związał pokutnika i za ręce powiesił go na wysokiej gałęzi. Potem rozcinał mu skórę na piersiach i plecach i darł z niej pasy, a krwawe smugi zasypywał gryzącym popiołem, albo zalewał roztopioną żywicą.
Gejza cicho jęczał, ale nie mógł uronić ani jednej łzy. Tyle łez wylała przez niego ludzkość, że on sam już nie miał czem płakać.
Wreszcie kat rozpalił pod wiszącym niewielkie ognisko i piekł mu ciało od dołu. A gdy po dwóch godzinach tej próby spojrzał na twarz pokutnika, zobaczył w niej tak straszną boleść, że zląkł się własnego dzieła i uciekł.
I wisiał tak Gejza na wysokiem wzgórzu, skąd między drzewami widział równinę, gdzie rok temu chrześcijanie wygrali bitwę.
Widział pola pełne zbóż, od dwóch lat nieżętych, i ogrody pełne owoców. Na te pola wszystkiemi drogami zjeżdżali ludzie, ażeby osiedlić się na nowo. Spalone chaty były już odbudowane i drugie tyle przybyło nowych. Łąki miały pstry kolor od nadmiaru bydła, owiec i koni, które pasły się na nich.
— Bóg już zatarł ślady wojny — myślał pokutnik. — Może tak i moje grzechy zatrze?...
Ale jeszcze nie miał nadziei.
Wtem zobaczył kilka kobiet, które, śmiejąc się i śpiewając, szły z produktami na targ. A gdy bliżej podeszły, usłyszał rozmowę.
— Piękny rok! — mówiła jedna — takiego nie pamiętają najstarsi. W pszenicy dorosły człowiek chowa się z głową, a niektóre kłosy bodaj czy od kocich ogonów nie są większe.
— I winogrona obrodziły — rzekła najmłodsza. — A tam, gdzie padło najwięcej rycerzy, jest tak piękne wino czerwone, że po dwa dukaty nie kupisz beczki.
— Z ludźmi tak samo — dodała trzecia. — W każdej wsi od rana do nocy i od nocy do rana słychać muzykę; księża nie mogą nadążyć ze ślubami, a w małżeństwach już nie rodzi się po jednem dziecku, tylko po dwoje, albo po troje odrazu.
— Bogu dzięki! — chciał powiedzieć Gejza, ale tylko jęknął żałośnie.
Kobiety, spostrzegłszy człowieka, wiszącego za ręce i okrutnie pokaleczonego, zaczęły uciekać. Lecz opamiętały się i wróciły do pokutnika.
— Trzebaby zwołać chłopów — mówiła jedna — ażeby go odczepili z gałęzi, bo my przecie nie damy rady...
— Ale — odpowiedziała najmłodsza — pierwej trzeba go napoić, bo zamrze biedactwo.
Była to dziewczyna trochę podobna do córki Miklosa Czarnego, którą niegdyś zamordował Gejza. Wyszukała długą tyczkę i, przymocowawszy do niej najsłodsze winogrono, podniosła je do spieczonych ust pokutnika.
Wtedy Gejza pierwszy raz w życiu zaczął płakać i łkać... Ale nie mad swoją ogromną nędzą, tylko nad litością tej kobiety, która jakby zwiastowała mu przebaczenie w imieniu Boga.
W tym płaczu umarł Gejza i jest zbawiony. Ciało zaś jego natychmiast rozsypało się w proch: był to bowiem starzec, który już dawno leżałby w grobie, gdyby nie podtrzymywały go sztuki djabelskie.
Otóż, rozważcie sobie, panowie — kończył starzec. — Pan Bóg użył występków Gejzy do zbawienia rodziny Miklosa Czarnego, do ukarania swarzących się panów chrześcijańskich, do zatamowania wylewów tureckich i do nawrócenia sześćdziesięciu tysięcy niewiernych. Ale wszystkie te cuda nie stałyby się, gdyby pobożny Miklos nie wykonywał przykazania: „Miłujcie nieprzyjacioły wasze; czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą.“ Przykazania boskie są praktyczne, moi panowie!...
Muszę dodać, że pustelnik Miklos długo żył w swoich lesistych górach i dobrze służył ludziom. Ale świętym nie został, ponieważ raz zawahał się w wypełnieniu Bożego rozkazu.
— Ciekawa to legenda — odezwał się sędzia — tylko... nie grzeszy prawdą. Historją o niczem podobnem nie wspomina.
— Jakto nie?... — wybuchnął starzec. — Gdybyś pan dobrodziej zwiedzał nasz klasztor przed trzydziestoma laty, widziałbyś to wszystko dokładnie wymalowane na obrazach. Bitwę chrześcijan z Turkami... dusze nawróconych pogan, ulatujące nad wodą... nawet Gejzę, wiszącego na drzewie. Wszystko to było!...
Gdy, pożegnawszy staruszka, opuściliśmy klasztor, sędzia rzekł, wskazując na osiwiałe mury:
— Fabryka egzaltacji i fantastycznych widzeń!... Ten oto mnich, żyjący między zmarłymi, zaczytany w legendach, tak dalece zerwał z realną rzeczywistością, że bez ceremonji tworzy sobie fakty dziejowe. Szczęściem, krytyka pozytywna potrafiłaby nawet z takiej plewy oddzielić zdrowe ziarno...
— Ale czy potrafi dać nadzieję i zbawiać dusze potępione?...

Fragmenty z „Z żywotów świętych” Bolesława Prusa i z dziennika ojca Gałuszkiewicza pojawiają się we współczesnej powieści Marcina Wrońskiego o polskim kościele, noszącej tytuł „Officium Secretum”. Jej autor w wywiadzie mówi o o.Gałuszkiewiczu: Jest to postać pomnikowa, symbol religijny i patriotyczny, nic więc dziwnego, że zafascynowała Bolesława Prusa. Mnie jednak mniej interesowała wizja ojca Adriana jako nieugiętego kapłana, a bardziej jako zwykłego człowieka, który dąży do świętości, ale na tej drodze cierpi zimno, głód, samotność i zmaga się ze swoją starością. Dlatego jego dziennik – stanowiący zresztą klucz do rozwiązania powieściowej zagadki – wypełniają bardzo życiowe, gospodarskie zapiski o ofiarach wiernych i cieknącym dachu. Dziennik ten jest fikcyjny, chociaż podobno wiarygodny, bo pewien historyk, który przeglądał próbny egzemplarz książki, przez chwilę miał myśl, że może to nieznane źródło, na które jakimś cudem natrafiłem.

 Powrót do spisu tresci ↑

 

Andrzej Sapkowski

Autor powieści fantasy, twórca postaci Wiedźmina, z wykształcenia jest ekonomistą. Trylogia husycka to nieoficjalna nazwa trzech powieści fantastyczno-historycznych napisanych przez niego w latach 2001–2006. W jej skład wchodzą:

  • Narrenturm

  • Boży bojownicy

  • Lux perpetua

Akcja powieści toczy się w średniowieczu, głównie na Śląsku. Tłem wydarzeń są wojny husyckie. Husytyzm to ruch religijny i polityczny zapoczątkowany przez Jana Husa. Początkowo miał znaczenie religijne i był próbą zwrócenia uwagi na potrzebę reformy Kościoła rzymskokatolickiego w Europie. Po 1415 roku, wobec spalenia na stosie Jana Husa, stał się powodem rewolty w Czechach. W latach 1417–1434 Czechy i część Moraw opanowane były przez husytyzm. Kres działalności husytów miały położyć wojny husyckich prowadzone przez siły katolickie wspierane przez papieża i cesarza Zygmunta z dynastii Luksemburgów. Cztery krucjaty przeciwko husyckim Czechom zakończyły się całkowitą klęską krzyżowców. Ruch husycki nie był jednolity. Pierwszy odłam, tzw. taboryci, z ośrodkiem w Taborze, skupiał głównie biedotę wiejską i miejską i dąż do wprowadzenia przemian społecznych. Drugi, bardziej umiarkowany odłam, tzw. kalikstyni, z ośrodkiem w Pradze, skupiał wyższe warstwy społeczne. Zwolennicy Husa w 1417 roku ogłosili Cztery artykuły praskie, w których żądali:

  • Prawa do swobodnego głoszenia Słowa Bożego,

  • Przywrócenia komunii pod dwiema postaciami dla świeckich,

  • Odebrania duchowieństwu władzy świeckiej i sekularyzacji dóbr kościelnych,

  • Karania za grzechy śmiertelne przez władzę świecką.

W 1434 roku nauki głoszone przez umiarkowanych husytów uzyskały akceptację ze strony soboru powszechnego w Bazylei. Do tradycji ruchu husyckiego odwołują się niektóre kościoły ewangelickie na świecie, m.in. bracia morawscy, Ewangelicki Kościół Czeskobraterskii Czechosłowacki Kościół Husycki.

Bohater trylogii Sapkowskiego, Reinmar zwany Reynevanem, jest miłośnikiem kobiet, czarów, zielarstwa i alchemii co prowadzi do licznych problemów. Uczył się sztuki magicznej na studiach w czeskiej Pradze, uznawanej za źródłohusyckiej zarazy. W tomach powieści przewijają się postacie historyczne m.in.:

  • Konrad IV Starszy, biskup wrocławski, który walczył z wpływami husyckimi na Śląsku, bardziej z pobudek osobistych, niż religijnych.

  • Książę Jan Ziębicki, przywódca koalicji antyhusyckiej na Śląsku.

  • Prokop Goły, jeden z głównych dowódców husyckich.

  • Zawisza Czarny z Garbowa, rycerz, niepokonany w licznych turniejach, symbol cnót rycerskich, uczestnik wojen z zakonem krzyżackim, Turkami i husytami.

  • Mikołaj z Kuzy, średniowieczny filozof, teolog, matematyk, dyplomata i kardynał.

 

Obok ludzi z krwi i kości, toczących krwawe wojny religijno-polityczne pojawia się fantastyczny świat magii, alchemii, amuletów, eliksirów i potworów żyjących wokół ludzkich siedzib.

Wśród historycznych postaci pojawia się w Trylogii Husyckiej książę opolski Bolko V, zwany Wołoszkiem, który podczas studiów w Pradze zetknął się z ruchem husyckim a z czasem został zięciem naszej królowej, Elżbiety z Pilczy, poślubiając w 1417 roku jej córkę o imieniu Elżbieta. Młoda para otrzymała w posagu dobra pilickie. W 1422 został dopuszczony przez ojca do współrządów w księstwie opolskim, a dwa lata później został samodzielnym księciem na Głogówku i Prudniku. Na początku 1430 roku sprzymierzył się z husytami, co potwierdził uroczystą przysięgą iwsparciem militarnym. W kolejnych latach stał się władcą większości terenów na Górnym Śląsku i na części Dolnego Śląska. W 1443 roku został ukarany ekskomuniką. Do zgody z biskupem Oleśnickim doszło na sejmie w Piotrkowie w 1452, w związku z przygotowaniami Polski do rozprawy z zakonem krzyżackim. Książę Bolko V zmarł 29 maja 1460 w Głogówku.

 

Szersza recenzja trylogii husyckiej >>>

Bolko V w "Pilickie śladach":

  Powrót do spisu tresci ↑

Walery Przyborowski

 Urodził się w 1845 roku w Domaszowicach koło Kielc, w rodzinie nauczyciela, byłego księdza katolickiego, który przeszedł na luteranizm. Uczestniczył w powstaniu styczniowym, po którego upadku był przez kilka miesięcy więziony przez władze carskie. Po studiach na Wydziale Filozoficzno-Historycznym w warszawskiej Szkole Głównej współpracował z różnymi czasopismami, a w latach 1885–1886 redagował pismo „Chwila”. Później był nauczycielem historii w gimnazjum w Radomiu. Opublikował kilka prac historycznych dotyczących powstania styczniowego. Ogromną popularność zyskały mu powieści historyczno-przygodowe dla młodzieży publikowane zazwyczaj pod pseudonimem Zygmunt Lucjan Sulima. Pisał również powieści kryminalne. Zmarł w 1913 r. w Warszawie. Rycerz Mora” to powieść historyczna z czasów Potopu. Drukowana była w odcinkach w XIX-wiecznej prasie a w 1897 roku ukazała się w wersji książkowej. Fragment powieści ukazał się w 1987 r w formie dwóch broszurek. Oto kilka fragmentów spośród tych, które nawiązują do historii Pilicy:

 Zwań odpowiadał niechętnie, półsłówkami, nalał sobie pełną szklanicę wina, wypił ją duszkiem, z trzaskiem postawił naczynie na stole i zerwawszy się z siedzenia znów zaczął swą nie skończoną peregrynację po komnacie. Lniski patrzał na niego, patrzał i przez jakiś czas milczał, po czym rzekł:

 - Ja te Smolarze znam. Za życia twego nieboszczyka ojca polowaliśmy często w tych puszczach, co tu leżą dookolusieńka, i nieraz cały tydzień w tym oto dworze mieszkaliśmy. Ale to było polowanie, rzecz całkiem inna; ale siedzieć tu, w takiej norze i do tego w zimie!... Już to, mój Ignacy, musiała cię ostatnia potrzeba przycisnąć, skoro Parzymiechy sprzedałeś. To było złote jabłko w Wieluńskiem, pszeniczna ziemia. Musiałeś kupę grosza wziąć za Parzymiechy?

 - Nic nie wziąłem.

 - Jak to?

 - Podarowałem je panu Warszyckiemu!

 - Kpisz, czy co? Warszyckiemu podarował! Mój kochany, ciebie by Warszycki mógł utopić w złocie.

 - A jednak tak jest... podarowałem mu Parzymiechy.

 - Jak Pana Boga kocham, nic nie rozumiem. Albo ja głupi, alboś ty głupi, mój Ignacy. Jakże to może być, żebyś ty, chudopachołek, darował wieś panu z panów! To coś całkiem nowego i, jak świat światem, niesłychanego. Więc to prawda, co mi mówisz?

 - Święta prawda.

 - No! Oszalałeś chyba, człeku. I Warszycki przyjął twój podarunek?

 - Nie!

 - A więc czyje są Parzymiechy?

 - Niczyje!

 Lniski podniósł się na zydlu z wyrazem zdziwienia w swych maleńkich oczkach, wyciągnął długą szyję i tak patrzał na chodzącego wciąż po izbie Zwana. Ale widocznie nie znalazł wytłumaczenia zagadki, jaką mu dał ten ostatni do rozwiązania, bo usiadł znów na krześle i rzekł ponurym głosem:

 - Źle się dzieje w tej naszej Rzeczypospolitej i źle będzie. Szlachta widocznie szaleje...

 - Ot, co tu gadać! — zawołał na to Zwań wstając nagle. - W tym wszystkim, co ci mówię, mój Samusiu, nie ma nic dziwnego. Warszycki chciał ode mnie kupić Parzymiechy, bo mu klinem właziły w jego państwo, a ja sprzedać nie chciałem, odmówić zaś nie mogłem, więc podarowałem. Masz wszystko, coś chciał wiedzieć! Rzekłszy to, westchnął głęboko, machnął po desperacku ręką i znowu zaczął chodzić po izbie, skrzypiąc posadzką haniebnie.[...]

 Któż w Wieluńskiem nie zna imci pani starościny Grzybowskiej? Waść ją znasz, panie Zwań?

 - Tak... widziałem ją parę razy w Dankowie...

 - To waść znasz pana kasztelana Warszyckiego?

 - A znam!

 - Czekaj no! Prawda! Prawda! — zawołał nagle zakonnik, uderzając się w pulchne ręce. — Zwań! Zwań! Słyszałem, darowałeś Warszyckiemu wieś! Cha, cha, cha! Gadano o tym w całym Wieluńskiem. To waść taki hojny pan?!

 - A ja! — mruknął Zwań z wyraźną niechęcią.

 - A nie sierdź się, panie bracie. Nie ma czego. Nie ze złej intencji

 O tym mówię,, tylko dlatego, że już teraz wiem, kim jesteś. Otóż kiedy tak, to powiem tobie, że pana Warszyckiego spotkało wczorajszej nocy, czy wieczoru, wielkie nieszczęście. Zwań usłyszawszy to, porwał się z krzesła jakby go co ukłuło i cały zaczerwieniony podbiegł do mnicha, chwycił go za rękaw od habitu i zawołał gwałtownie:

 - Jakie nieszczęście? Gadaj mi zaraz, księżę!

 Ksiądz spojrzał na Zwana zdziwiony, przypatrzył mu się, mruknął coś pod nosem, dobył zza habitu czerwoną kraciastą chustkę, wytarł nos głośno i rzekł:

 - Powoli, powoli! Wszystko się powie, co się wie. A nie szarpże mnie waść za habit. Klasztorny jest i dwa lata już ma, może się gdzie rozerwać. Sukno się zleżało, a zszywać nie lubię. Dadzą nowy dopiero na przyszłego świętego Michała... Siądź no sobie waść, siądź, siądź. A to gorączka! Cha, cha, cha! Daj no wprzód wina, bo bez tego to i gadać się nie chce i w gębie też zasycha, a ten szlachcic — tu wskazał na Lniskiego — melancholikiem jest i rozruszać go trzeba. Każże dać wina, tylko jeżeli masz, to lepszego od tej lury. Kwaśne wińsko to zaraz w język i nogi idzie. Ta przydługa i spokojna perora zakonnika sprawiła to, że Zwań ostygł i oprzytomniał, zwłaszcza że spostrzegł wlepiony w siebie, mocno zaciekawiony wzrok Lniskiego. Milcząc, podszedł do drzwi, otworzył je i zawołał:

 - Piotrze! Przynieś z piwnicy dwie bocianki.

 - A nie będzie to za mało? — wtrącił ojciec Jacek.

 - Jak będzie mało, to przyniosą więcej! - odrzekł Zwań trochę ostro i siadł wprost zakonnika przy stole, ukryty w cieniu dogasającego w kominku ogniska. Zapanowało milczenie. Zakonnik ciągle głośno wycierał nos i sapał przy tym potężnie. Lniski, który długo przypatrywał się Żwanowi, zagłębił się znowu na swym krześle, oparł głowę na poręczy i zapatrzył się w ogień liżący słabymi płomykami kłodę drewna. Zwań obie ręce oparł na stole, zagłębił palce we włosy i ukrył twarz jak gdyby lękał się, by pomimo ciemności, nie odgadniono uczuć nim miotających. Na koniec Piotr zjawił się z dwoma gąsiorkami omszałymi i o długich szyjkach - stąd zwano je bociankami - i odkorkowawszy, postawił na stole. Ojciec Jacek wziął lampkę, popatrzył na złocisty płyn pod światło, posmakował i rzekł:

 - A! To warte gęby!

 - Gadajże teraz, księże, o tym nieszczęściu kasztelana! — zawołał z widoczną niecierpliwością Zwań.

 - Hm! — zaczął powoli zakonnik. - Nieszczęście! Nieszczęście! Znowu to nie jest tak wielkie nieszczęście! Najjaśniejszy król i pan nasz Karol Gustaw jest monarchą...

 Nie skończył, bo Lniski z wielkim trzaskiem i rumorem zerwał się z krzesła na równe nogi, pchnął ciężki sprzęt tak silnie, że ten z łoskotem runął na posadzkę — i zawołał strasznym głosem:

- Do stu siarczystych diabłów z ogonami! Któż ci to, popie, powiedział, że ten przeklęty Szwed jest naszym królem i panem?!...

 Zakonnik ani się ruszył, ani przestraszył tych słów i groźnej postawy rycerza. Spojrzał śmiało na niego i zaczął się śmiać, a brzuch mu się trząsł jak galareta. Lniski był w pasji. Przesunął się do stołu, uderzył weń pięścią tak silnie, że bocianki i lampki podskoczyły w górę. Nachylił się do mnicha tak blisko, że go prawie dotykał, i wrzeszczał:

 - To takie wam nauki dają w klasztorze! Bodaj was zabito! Heretyka królem nazywać! Jak mnie tu widzisz, żebym nie miał respektu dla twej sukni, tobym cię za kark wziął i przez okno jak kota wyrzucił. A bodajże was siarczyste pioruny biły! Król Karol Gustaw!...

 - Cha, cha, cha!* -śmiał się zakonnik. - Poczciwa nasza szlachta! Ale nie wylewaj no wina, bo szkoda tego specjału. Nie sierdź się, nie sierdź, mój robaczku. Lepszy ja może Polak od ciebie i jeśli to gadałem, to tylko chcąc wypróbować, z kim mam do czynienia. Cha, cha, cha! A to gorączka! Ale się uśmiałem. Ano, niechże to będzie Bogu na chwałę i spać też będę lepiej, bo śmiech zawsze dobrze czyni na wątrobę. Usiądź no, usiądź, mój... jakże cię tam zowią?...

 Ale Lniski był w wielkim gniewie. Chodził ciężkimi, drewnianymi nogami po izbie, dzwoniąc srodze ostrogami i mrucząc jak niedźwiedź pod nosem. Zakonnik zaś, wyśmiawszy się do syta, obtarł głośno nos i oczy zaszłe łzami, wypił duszkiem wino z lampki, nalał nową i rzekł:

 - Otóż kiedy tak, to wam powiem, z czym jadę. Jadę do Częstochowy, bo Szwed idzie na nasz klasztor i chce go zburzyć. Paskudny heretyk Burhard Miller wyszedł wczoraj z Wielunia z ogromną siłą. Ma dziewięć tysięcy wojska i dziewiętnaście armat. Sami Finowie, Szwedzi, Niemcy, Pomorzanie, Szkoci, Kaszubi, Cyganie, Węgrzy, Żydzi, Prusacy, Czesi i Bóg wie jakie nacje idą. Strach, powiadam wam!

 Głębokie po tych słowach milczenie zaległo w komnacie, a Lniski stanął na środku i szeroko usta otworzył. Mnich popijał wino spoglądając dokoła ukośnymi oczkami. […]

 - czekaj no książę-odezwał się Żwan, nie ruszając się z miejsca i nie odrywając rąk od twarzy-jeszcze nam nie powiedziałeś, jakie nieszczęście spotkało kasztelana Warszyckiego ...

 - A prawda! Patrzajcież! Zapomniałem z kretesem! Ale ja ci to zaraz opowiem. Oto niejaki Horn, generał szwedzki, co siedzi w Krzepicach i na Danków pana Warszyckiego ostrzy zęby, wczoraj wieczorem zrobił ku Dankowu podjazd i spotkał na drodze córkę pana kasztelana...

 - I co? — porwał się Zwań.

 - Ano cóż! Wziął ją do niewoli i powiada, że dopóty nie odda córki kasztelanowi, póki ten mu nie da Bankowa.

 - Hej! Do stu piorunów! — huknął Zwań. — Dość już z tymi Szwedami! Dam ja temu psubratu Danków! Pasy zeń drzeć będę! Porwał pannę Warszycką! Ja mu ślepie wypalić każę żelazem! Hej! Samuelu, na koń! Zwołani chłopów i z kłonicami pójdę na tego Horna, przybłędę!... Dalej do broni!

 I jak gdyby oszalał, pobiegł w kąt izby i drżącymi rękami, czerwony jak alkiermes, przypasywał szablę do boku. Trząsł się cały i latał po komnacie wywlekając z kątów tu misiurkę, tu jakąś zardzewiałą kolczugę, tam żelazne karwasze. I wszystko to w gorączce, klnąc szkaradnie, ciskał na ziemię. Co chwila krzyczał strasznym głosem:

 - Piotrze! Piotrze! Gdzie ten stary nicpoń się podział?... Piotrze! Piotrze!... — lub zwracał się do Lniskiego i gadał gniewnie:

 - Czemu się nie zbroisz? Na co czekasz?

 Ale Lniski nie ruszał się z miejsca... Maleńkie czarne oczka wlepił w rozgorączkowanego Zwana i patrzał tak, patrzał ruszając wąsami, a jego twarz poważna, surowa, zwiędła od wichrów i dymu bojowego, wyrażała obrzydzenie i pogardę.

 Kiedy na koniec Zwań, przypasawszy szablę do boku, jeszcze raz pana Samuela zapytał ostrym, ognistym tonem:

 - Czemu, u stu diabłów, się nie zbroisz? — to ten odrzekł, zwracając się również do mnicha, który siedział na zydlu z ustami szeroko otwartymi i patrzał jakby na jaki teatr:

 - Widzisz księże, jak to na psy zeszliśmy! To naród niewolników i skoczków, a nie rycerzy! Kiedy tu przyjechałem i mówiłem temu oto szlachcicowi — tu pan Samuel wyciągnął suchą, kościstą rękę i wskazał na Zwana — że gdzie stąpnąłem, to krew tryskała, że cała ta ziemia krwią i żelazem jest niszczona, że'trupom tylko wilki i kruki pogrzeb sprawiają, że ja stałem się grabarzem tych trupów, że nie ma już Polski i Rzeczypospolitej, nie ma tronu i króla, złotej wolności szlacheckiej, nic nie ma... kiedy mu to gadałem, to on łaził po tej izbie, jakbym mu bajki prawił albo też ciekawe historie o jakimś murzyńskim, a nie naszym kraju. Ale kiedy ty, księże, powiedziałeś mu o jakiejś dziewce, którą Szwed porwał, to widzisz jak szaleje, jak miecz przypasuje i woła wielkim głosem, bym z nim szedł przelewać krew moją za wolność tej dziewki, kiedy nie mogłem przelać mej krwi za wolność ojczyzny! Taki jest cały naród Polski! […]

 - Czekaj no, a gdyby tak zwołać chłopów z Parzymiechów, hę? — poruszył się żwawo Lniski. — Tam przecież liczna gromada, wieś dostatnia, parobków kupa. Cóż, żeś Parzymiechy podarował? Co taki podarunek znaczy, skoro go nie przyjęli? Parzymiechy zawsze twoje. I powiem ci, że głupio byś zrobił, gdybyś szykując się na taką wyprawę, ciężką i niebezpieczną, jaką jest wojna ze Szwedem, który całą Polskę za łeb trzyma, nie zebrał wszystkich sił, jakie zebrać możesz.

 - To się rozumie, że byłoby głupio! — odrzekł Zwań, słuchając pilnie Lniskiego.

 - Iluż można mieć chłopów z Parzymiechów?

 - Hm! Czy ja wiem?... Zbierze się ze czterdziestu, może pięćdziesięciu.

 - O! Widzisz, to już jest coś. Mając sześćdziesiąt chłopa i Warszyckiego za plecami, i jasnogórski klasztor, który jest nie lada fortecą, można już próbować szczęścia...

 - Co? Warszycki! Ten nam przecież nie pomoże!

 - Ale co ty mi gadasz!... — oburzył się Lniski. — Kiedy cały kraj się poddał, jeden Warszycki się nie poddał, choć mu zamek w Pilicy Szwedzi zburzyli z kretesem i bogactw na miliony tam nabrało jakieś niemieckie książątko. Widziałem Pilicę... powiadam tobie, kamień na kamieniu nie został, a przecież Warszycki się nie poddał i nie podda, powiadam tobie. Znam go, niedzisiejszy to mąż...

 - To pewne, że się nie podda.

 - A widzisz! — mówił dalej Lniski wielce ożywiony. Z krzesła wstał i chodząc ciężko, wyprostowany jakby cały był z drewna wyrzezany, prawił dalej:

 - Mamy więc z jednej strony Danków, z drugiej Jasną Górę, która łatwo się nie zda. Znam tamtejszego przeora, ojca Augustyna Kordeckie-go. Mąż to takiej samej porody jak i Warszycki. A zresztą czy się Jasna Góra zda, czy nie zda, to zawsze zatrzyma tego Milłera z parę niedziel, a nam tego tylko trzeba. Ogłosimy uniwersały, powołamy szlachtę... Ale, ale! Nie liczyszże ty na szlachtę?

 - Iii... Na kogóż tu liczyć? Możniejsi siedzą w Dankowie albo w Częstochowie. Jest tu kilku młodych, co chętnie z nami pójdą... Koszarski, Niezabitowski, może Bogdański...[...]

 *  tak jest w oryginale

 Powrót do spisu tresci ↑

Korona królów

 Plany produkcji serialu historyczno-kostiumowego przedstawiającego dzieje dynastii Jagiellonów, powstały wiele miesięcy temu. Początkowo serial, planowany pod roboczym tytułem „Złoty wiek”, miał zastąpić „Klan” w ramówce TVP. Telenowela nie zniknęła jednak z anteny a początek kręcenia filmu o Jagiellonach został przesunięty. Ostatnio wydarzenia nabrały tempa. Serial będzie nosił tytuł „Korona królowej”. Trwają castingi a z nieoficjalnych przecieków wiadomo jedynie, że w filmie najprawdopodobniej zagrają Grażyna Szapołowska i Jerzy Zelnik. Trwają jeszcze ostatnie prace nad scenariuszem tworzonym przez Marię Ciunelis. Akcja serialu ma się rozgrywać w XVI wieku ale w retrospekcji postanowiono się cofnąć aż do roku 1333, do koronowania w katedrze na Wawelu, króla Kazimierza, zwanego później Wielkim i jego żony Aldony, dla której przygotowano wspaniała koronę, która przez następne trzy stulecia zdobiła skronie kolejnych polskich władczyń. W tureckim "Wspaniałym Stuleciu" motywem łączącym postacie był pierścień sułtanki Hurrem. W naszym serialu rola ta przypadła królewskiej koronie, którą założyły:

1320 Jadwiga kaliska

1333 Aldona Anna Giedyminówna

1341 Adelajda Heska

1417 Elżbieta z Pilczy

1424 Zofia Holszańska

1454 Elżbieta Rakuszanka

1512 Barbara Zápolya

1518 Bona Sforza

1543 Elżbieta Habsburżanka

1550 Barbara Radziwiłłówna

1553 Katarzyna Habsburżanka

1592 Anna Habsburżanka

1605 Konstancja Habsburżanka

1637 Cecylia Renata Habsburżanka

1647 Ludwika Maria Gonzaga

1670 Eleonora Habsburżanka

1676 Maria Kazimiera d'Arquien
Głównymi bohaterkami filmu będą kobiety żyjące w tamtych czasach, dworskie intrygi i romanse. Nie wiadomo, które z królowych zostaną pokazane w filmie. Mam nadzieję, że zobaczymy naszą Elżbietę z Pilczy, której związek z Władysławem Jagiełło budził i nadal budzi wiele emocji. Postać Elżbiety z Pilczy tylko raz pojawiła się w filmie. Na razie pilickim akcentem w realizacji „Królewkiej Korony” jest udział w roli statystów członków Grupy Konnej Dextrarius z Biskupic, dla których filmowe role to nie pierwszyzna. Po castingu, który miał miejsce 1 kwietnia zadebiutują w tym charakterze: Andrzej Garbowski, na co dzień wiceprzewodniczący rady Miasta i Gminy Pilicy, Zbigniew Bzdęga i Aleksander Kot , czyli panowie małopolscy z naszej inscenizacji „Królowa Jadwiga”. Wesprą nas: Agnieszka Mrówka, olkuszanka pracująca w pilickiej Miejsko -Gminnej Bibliotece Publicznej, oraz jej córka. Zdjęcia ruszają 12 kwietnia.

1. kwietnia 2017. Casting

 

 

 

 

 

 

 

Piliczanie na planie Korony Królów >>>

Serialowa "Katarzyna Pilecka" często wymienia Smoleń jako miejsce, z którego pochodzi, mówiąc: „u mnie w Smoleniu...”. W kolejnym odcinku przybywa posłaniec i znowu wymieniony jest Smoleń. Tymczasem wieś Smoleń powstała nieopodal zamku Pilcza dopiero na przełomie XIV/XV wieku. Prawdopodobnie była to osada zamieszkana przez smolarzy produkujących węgiel drzewny używany w dymarkach co stało się źródłem nazwy. W pobliskim Złożeńcu co najmniej do początku XX wieku znajdowały się ślady czterech szybów, w których wydobywano limonit oraz pozostałości hałdy drobnych odpadów tego surowca. Zamek, kilkaset lat później potocznie zwany Smoleniem od wsi, na której terenach się znalazły się jego ruiny, w średniowieczu zwał się Pilcza, podobnie jak osada w jego pobliżu, zwana później Starą Pilicą. Pod koniec XIV wieku kilka kilometrów dalej lokowano miasto Pilcza. Moim zdaniem w XIV-wiecznym dialogu nazwa Smoleń nie powinna się pojawić, zwłaszcza jako siedziba szlachetnie urodzonej damy. Serial wyraźnie steruje w stronę fabularnej opowieści nawiązującej do historycznego tła. Dynamika wydarzeń jest ważniejsza od historycznej prawdy. To nie pierwszy taki film w historii kina. Dusza historyka trochę mi się burzy ale jakoś to przeżyję ;)

22 lutego 2018. Znowu pilicki ślad.

Jedną z postaci występujących w serialu jest Jan z Melsztyna herbu Leliwa. Był synem Spycimira z Melsztyna (Spytka I). Matką była prawdopodobnie Stanisława, jedyna znana z imienia żona Spicymira. Karierę polityczną zaczynał zapewne przy poparciu ojca, który według Jana Długosza pochodził z Nadrenii. Prawdopodobnie już w czasach króla Władysława Łokietka Spicymir był jego zaufanym dyplomatą. Od 1320 wiele dokumentów królewskich nosi jego podpis. Pierwszym urzędem sprawowanym przez Jana był łowczy krakowski. Po raz pierwszy został odnotowany z tą godnością 8 maja 1339. Co ciekawe: od tego samego urzędu karierę polityczną zaczynał jego ojciec. Kolejnym szczeblem kariery Jana był urząd kasztelana wojnickiego, na którym po raz pierwszy został odnotowany 9 maja 1345 r. Przed 1347 rokiem żoną Jana została Zofia (Ofka) pochodzącą z Książa Wielkiego, która wniosła mu w posagu tę miejscowość i wieś Wolę (dziś Bryzdzyń). Miał z nią syna Spytka, przedwcześnie zmarłego, wspomnianego w r. 1347 jako dziecko. W 1352 r. Jan wziął udział w wyprawie króla na Ruś. Pisał się w tym czasie „z Tarnowa”, używając pieczęci z napisem «sigillum Johannis de Tharnow. Około r. 1354–6 zmarł Spicymir. Jan podzielił się spadkiem z bratem Rafałem. Przypadły mu: Melsztyn z okolicznymi wsiami -Charzewice, Gwoździec, Zawada- oraz Pomianowa Wola, Brzezowiec, Jasień, Poręba, Okocim, Piasek Wielki i Mały, Kobylniki, Zagajów i Żabno oraz kamienica w Krakowie przy dzisiejszej ul. Brackiej 3/5 (tzw.„Bursa węgierska„), którą niegdyś nadał Spycimirowi król Kazimierz. Rafał otrzymał klucz tarnowski. Młodsi bracia, którzy wstąpili w stan duchowny, prawdopodobnie nic otrzymali. Odtąd Jaśko pisał się „z Melsztyna”. W tym okresie urodziła się córka Jana i Zofii -Jadwiga z Melszytyna, późniejsza matka królowej Elżbiety z Pilczy i matka chrzestna Władysława Jagiełły. W styczniu 1355 r. Jan towarzyszył Kazimierzowi Wielkiemu w podróży do Budy, gdzie ustalono kwestię sukcesji tronu polskiego przez Ludwika Węgierskiego. 5 lutego 1361 r. Jan został po raz pierwszy zanotowany jako wojewoda sandomierski. W tym samym roku przebywał wraz z królem w Wielkopolsce. Jaśko figuruje jako świadek na na akcie przymierza z Danią z 1363 r., wystawionym w Łowiczu oraz na akcie akcie erekcyjnym Uniwersytetu Krakowskiego z 1364 r. Około 1364 r. urodził się kolejny syn Jana i Zofii, któremu nadano imię Spytek, który został później kasztelanem krakowskim a zabity został w 1399 r. w bitwie pod Worsklą. Między 6 marca a 25 kwietnia 1366 r. Jan został mianowany kasztelanem krakowskim, stając się pierwszym świeckim dostojnikiem w państwie. Będąc jednym z członków rady królewskiej nie odgrywał w niej jednak prawdopodobnie ważniejszej roli. Nie wspomniał wcale o nim kronikarz Janko z Czarnkowa. W 1368 r. wraz z bratem Rafałem był jednym z redaktorów ustawy żupnej. Być może obaj posiadali przywilej pobierania dochodu z żup. Jan był jednym z dwunastu dostojników małopolskich, którzy stanowili sąd restytucyjny dla Małopolski, utworzony niedługo po śmierci Kazimierza Wielkiego. Został bliskim doradcą Elżbiety Łokietkówny, sprawującej regencję w imieniu swego syna Ludwika, której towarzyszył podczas jej pobytów w Polsce. Nie ma jednak żadnych dowodów na to, że w stronnictwie węgierskim odegrał znaczniejszą rolę. Około 1370 roku jego zięciem został Otton z Pilczy, który poślubił Jadwigę z Melsztyna. W 1377 r. Jan wziął udział w odwetowej wyprawie Ludwika Węgierskiego na Litwę. Wyprawa spowodowana była najazdem litewskim, w listopadzie 1376 roku, na ziemię sandomierską. Litwini zdobyli wiele miejscowości w widłach Wisły i Sanu.Wiele znakomitych niewiast z dziećmi dostało się do niewoli jak pisał Długosz nie wymieniając niestety nazwisk. Litwini wywieźli jeńców do zamków w Grabowcu, Horodle, Zawłociu i Bełzie. Wśród historyków podzielone są zdania czy udział aż siedmiu chorągwi wystawionych przez Toporczyków wynikał z chęci pokazania potęgi rodu czy też wywołany został faktem, że wśród porwanych były osobistości z tego rodu. Jedna z chorągwi prowadził Otton z Pilczy. Udziałw wyprawie sędziwy Jaśka z Melsztyna rodził przypuszczenia niektórych historyków, że wśród jeńców była być może żona Ottona Jadwiga i to z małą Elżbietą z Pilczy.Brak jednak jakichkolwiek zachowanych przekazów na ten temat. Jan z Melsztyna zmarł między 9 maja 1380 r., kiedy wspomniany został po raz ostatni jako żyjący, a 24 marcaI 1381, kiedy w dokumentach pojawił się nowy kasztelan krakowski - Dobiesław z Kurozwęk. Jan nie powiększał swoich posiadłości ziemskich. Majątek pomnażał pożyczając znaczne sumy pod zastaw ziemi. W Melsztynie ufundował i uposażył kościół parafialny pod wezwaniem Św. Krzyża. W Książu ufundował klasztor augustianów. Na budowę augustiańskiego kościoła p.w. Św. Katarzyny na Kazimierzu ofiarował wielką kwotę -300 grzywien. W jednym z dokumentów wydanych przez Jaśka zawarta jest najstarsza znana wzmianka o pieśni Bogurodzica. Dokonując zapisu dziesięciny z jednej ze swych wsi na altarię śś. Antoniego i Leonarda w kościele Wszystkich Świętych w Krakowie, trzecią jej część kazał oddawać przełożonemu tamtejszej szkoły parafialnej, mającemu obowiązek ćwiczyć uczniów we czci do Matki Boskiej i śpiewania razem z nimi pieśni Bogarodzica Dziewica. Najstarszy rękopis zawierający tekst tej pieśni pochodzi dopiero z 1407 r.

W „koronie królów” zagrał go Marcin Rogacewicz, który w filmie pełni godność kasztelana małogojskiego w myśl serialowej zasady: jeśli czegoś nie napisano, to nie znaczy, że się nie zdarzyło. W latach 1316-1325 kasztelanem małogojskim był Dobiesław.

 

 

Zdjęcia w Bobolicach 12. lutego 2018

 

Zdjęcia w Wąchocku 20-22 marca 2018

 Powrót do spisu tresci ↑

 

Zdjęcia w Wąchocku. 23 kwietnia 2018 

Za nami kolejne zdjęcia w Wąchocku kończące nasz drobny udział w pierwszym sezonie „Korony królów”. Bywają dni bardzo intensywne ale są i takie kiedy trzeba cierpliwie czekać na swoją kolej przed kamerą.

Tradycyjnie nie możemy zdradzić jakie sceny były kręcone. Puzzle układane z tego co wiemy pozwalają przypuszczać, że będzie ciekawie. Zostaje oczekiwanie na emisje kolejnych odcinków i wypatrywanie znajomych twarzy na ekranie :)

 

 Powrót do spisu tresci ↑

Pilickie ślady w Koronie Królów

Jako pierwsza w serialu, wsezonach I i II, pojawia się Katarzyna Pilecka, żona Skarbimira,matka Ottona z Pilczy. W filmie: szlachcianka z rodu Pileckich, żona kasztelana krakowskiego Spycimira. Z poprzedniego małżeństwa, z nieznanym z imienia mężem, ma kilkoro dzieci, w tym Ottona z Pilczy. Jej filmowy życiorys nie ma potwierdzenia w dokumentach. Urodziła się 29 maja 1953 w Krakowie. Katarzynę graAgnieszka Mandat. W 1976 ukończyła studia w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie. Aktorka telewizyjna, filmowa i teatralna. Zagrała w ponad czterdziestu filmach i serialach. Popularność zyskała dzięki serialowi Dom nad rozlewiskiem. W latach 1985–1998 pracowała na stanowisku adiunkta w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowiea, w latach 2005–2008 pełniła funkcję dziekana Wydziału Aktorskiego. Jest profesorem zwyczajnym Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego w Krakowie

 

W drugim (1342-1374) i trzecim (1376-1399) sezonie pojawiają się postacie, których związki z Pilicą maja potwierdzenie w dokumentach i kronikach:

Otton z Pilczy. Ojciec Elżbiety z Pilczy. Gra go Michał Czachor. Urodził się w roku 1979. W 2004 roku ukończył Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Krakowie, gdzie zadebiutował w Teatrze Starym, w spektaklu Pieszo w reżyserii Kazimierza Kuca. Przez następne lata związany był z teatrami w całej Polsce, między innymi z Teatrem Łaźnia Nowa (Kraków), Laboratorium Dramatu, TR i Teatrem Narodowym (Warszawa). Od 2007 był etatowym aktorem Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Otrzymał kilka znaczących nagród teatralnych, w tym nagrodę za pierwszoplanową rolę męską na XXXV Opolskich Konfrontacjach Teatralnych Klasyka Polska (2010) i nagrodę dla najlepszego aktora na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym Boska Komedia (2012). Od stycznia 2015 roku jest członkiem zespołu Teatru Powszechnego.

 

Jadwiga z Melsztyna, żona Ottona, matka Elżbiety z Pilczy. Postać odtwarza Gabriela Całun. Urodziła się 8 września 198 r. W roku 2012 ukończyła Wydział Aktorski Wyższej Szkoły Komunikowania i Mediów Społecznych im. Jerzego Giedroycia w Warszawie. Współpracuje z Teatrem Niewielkim w Warszawie oraz Teatrem Warszawskiego Centrum Pantomimy. Wielokrotnie pojawiała się w popularnych serialach.

 

Elżbieta z Pilczy, którą gra Karolina Chapko. Urodziła się 15 listopada 1985 w Nowym Sączu. Ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną im. Ludwika Solskiego w Krakowie. Związana jest z krakowskimi teatrami – Bagatela i STU. Popularność zyskała dzięki serialowi 1920. Wojna i miłość, gdzie grała Zofię Olszyńską. Za rolę w filmie Yuma (2012) była nominowana do Złotej Kaczki. Sympatię widzów przyniosła jej rola Dominiki w serialu Barwy Szczęścia. 

Wiseł Czambor. Porywacz Elżbiety z Pilczy i jej pierwszy mąż. Gra go Sławomir Doliniec. Urodził się 15 marca 1985 r. W roku 2009 ukończył Państwową Wyższą Szkołę Teatralną we Wrocławiu. W roku 2009 otrzymał nagrodę za rolę Porucznika w przedstawieniu "+++" oraz nagrodędla aktora o najbardziej organicznym ruchu ciała na XXVII Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Zagrał m.in. w filmach: Och, Karol 2, 303. Bitwa o Anglię oraz Miłość.

 

Jan z Jicina, drugi mąż Elżbiety z Pilczy, odtwarzany przez Artura Kurana. Urodzony w roku 1979. Grał w serialach: Botoks, Ojciec Mateusz, Na wspólnej, Na dobre i na złe, Na sygnale, Rodzinka.pl