Wojenne okruchy

O Pilicy » Militaria » Wojenne okruchy

Pierwszy partyzant

Dostałem egzemplarz Literackiego Głosu Nauczycielskiego sprzed niemal pół wieku. Na artykule "Pierwszy partyzant Lubelszczyzny" znajduje się zapis wykonany ołówkiem:

Franciszek Chmura, syn Franciszka, pochodził z Kleszczowej.

Egzemplarz gazety przez lata przechowywał jego brat. Oto treść artykułu:

 

Na kilka lat przed wojną w Kraczewicach, w powiecie puławskim, z dala od kolei i linii autobusowwej zjawiła się nowa, młoda para nauczycielska. Nie pytano ich o przeszłość. Wśród koleżeństwa szeptano, że on został przeniesiony dyscyplinarnie, bo tam gdzie dotychczas pracował, łączył się z "niepewnym elementem". Nowo przybyli -zwani "Ślązakami" -wciągnęli się w codzienny trud nauczycielski. Rzetelnie spełniali swoje obowiązki nie żałując jednocześnie czasu i sił na pracę społeczną, pozaszkolną. Pierwszego września i nad Lubelszczyzną zawyły niemieckie samoloty bojowe. Posypały się bomby. Franciszek był podniecony. Niecierpliwie czekał na wezwanie do wojska. Wierzył, że żona da sobie sama radę i nie zaniedba dzieci. Z dalekich stron kraju, lawiną szli przez Lubelszczyznę mężczyźni szukający swoich jednostek wojskowych, a inni po prostu uciekali. Pojechał sam do RKU. Tam było pusto. Zrozumiał i już nie czekał na wcielenie do wojska. Będąc ppor. rezerwy postanowił zorganizować zaporę obronną nad Wisłą. "Trzeba skrzyknąć nauczycieli, a ci zbiorą ludność-myślał gorączkowo- Staną ochotnicze oddziały bojowe. Żywności dostarczą okoliczni chłopi.My przywarujemy nad brzegiem Wisły. Zatrzymamy wroga. A broń? Karabiny leżą w magazynach w Puławach. Wojsko błąkające się po tej stronie Wisły zawróci i podejmie walkę". Skoro świt wziął ze sobą paru młodych ludzi , przeważnie swoich wychowanków i na rowerach wyruszyli w stronę Wisły. Po drodze zatrzymali się w Niezdowie. Okazało się, że kierownik niezdowskiej szkoły był już w wojsku. -Zazdroszczę waszemu kierownikowi, on w wojsku a ja błąkam się po drodze- powiedział do spotykanych niezdowiaków. Siadł na rower i ruszył nad Wisłę, nie zrażając się tym, że towarzyszący mu pozostali we wsi. Podjechał wąwolnikiem do samej rzeki. Nagle zawarczał motocykl. Zza fałdy terenowej nadjechali Niemcy. Było ich trzech. Pobieżnie zrewidowali go. Kazali mu jechać obok siebie. Wnet ochłonął z wrażenia. Uważnie obserwował Niemców. Nie zaimponowali mu. Pod Niezdowem motocykl zatrzymał się. Franciszkowi kazali stać w rowie przydrożnym. Jeden z Niemców podszedł do napotkanych ludzi i wypytywał ich o nasze wojsko. Drugi zajął się motorem. Oficer niedbale przysiadł na siodełku i nawiązał ze Ślązakiem rozmowę. Przysłuchiwała się temu grupka ciekawskich, wśród nich byli i tacy, którzy wyjeżdżali na sezonowe roboty do Niemiec. Oni więc rozumieli język niemiecki. Początkowo spokojna rozmowa przeszła na słowną utarczkę. Polak twierdził ,że wojsko polskie pomaszerowało do Berlina. Niemiec wściekał się.

-po co nauczyłes się języka niemieckiego?

-tak mi się podobało-padła odpowiedź.

-tyś szpieg-pienił się hitlerowiec.

-gdyby moja Ojczyzna tego wymagała byłbym nim.

-Ojczyzna - Niemiec wykrzywił twarz w ironicznym uśmiechu, nie zmienając niedbałej pozy powiedział głośno:

-nie ma już polskiego wojska, to nie ma twojej ojczyzny!

-jest! -przerwał Franciszek.

Jednym susem skoczył ku motocyklowi. Chwycił oparty tam karabin i palnął z niego do Niemca. Tamten zdołał jeszcze wypuścić serię z automatu ale będąc rannym chybił. Drugi strzał Franciszka uspokoił go na zawsze.Majstrujący przy motorze hitlerowiec rzucił się pod nogi strzelającemu aby go powalić. Dostał kolbą w głowę. Franciszek uskoczył w pole. Przylgnął do ziemi. Z boku posypały się pociski. To trzeci Niemiec strzelał z automatu. Ranił Ślazaka. Mimo to ranny wymierzył w przeciwnika. Strzały umilkły. Ślązak podniósł się z trudem. W oczach zrobiło mu się ciemno. Doszedł do pobliskiej chaty. Kobieta drżącymi rękami okręciła mu głowę zasłonami z okna.. Na biały turban szybko wystąpiły czerwone plamy krwi. Chwilową ciszę przerwał przerażający krzyk kobiety-Niemcy! Usłyszał warkot samochodów, przetarł oczy z krwi, podniósł oparty o próg karabin i wyszedł przed chatę. Klęknął w postawie strzeleckiej. Wycelował do wydającego rozkazy. Karabin nie wypalił bo był pusty. Niemcy zauważyli pierwszego partyzanta Lubelszczyzny. Seria z automatu przerwała jego życie. Po tym zdarzeniu Niemcy urządzili w Niezdowie prawdziwe piekło. Wyłapali mężczyzn. Zapowiedzieli pacyfikację wsi. Szczęście w nieszczęściu. Przypadkowo jednej z kobiet udało się przy pomocy znalezionego dowodu jakiegoś przechodnia przekonać dowódcę oddziału niemieckiego, że ludność Niezdowa za walkę z patrolem nie ponosi winy bo...droga przez wieś dla wszyskich. Wrócili ludzie z folwarcznego chlewa, w którym czekali na śmierć. Ciało Franciszka Chmury na rozkaz Niemców zakopano w polu pod lasem. W nocy niezdowiacy, na swoich barkach zanieśli zwłoki tego żołnierza na cmentarz w Opolu Lubelskim. A kiedy usypali już mogiłę, zastanawiali się jak ją oznaczyć. Nie napiszą przecież nazwiska i imienia, bo zbrodniarze hitlerowscy mścili by się na rodzinie poległego i na tych, którzy wbrew rozkazowi pochowali poległego na cmentarzu. Nadłupali więc gałazkę, przetkneli przez szparę drugą i krzyżyk gotów. Sołtys Jan Mordel oparł na rydlu kartkę i przy osloniętej latarce elektrycznej napisał "nauczyciel".

 

Wspomnienia Barbary Zychowicz-Miazgowej zamieszczone w czasopiśmie "Widnokrąg. Czasopismo Regionalnego Towarzystwa Przyjaciół Wąwolnicy, Urzędu Gminy, Parafii, Społeczeństwa", w numerze Wiosna.2006 zawieraja kroótka informacje o tragedii w Niezdowie.

 

...We wrześniu 1939 dwaj ówcześni nauczyciele, będący jednocześnie oficerami rezerwy nie mogąc doczekać się powołania do wojska sami wyruszyli (na rowerach) na jego poszukiwania. Franciszek Chmura (Ślązak, uczestnik powstań śląskich) dowiedziawszy się, że nad Wisłą walczy gen. Rydz- Śmigły udał się na zachód, zaś jej ojciec według emitowanych przez polskie radio wskazań za wschód. Franciszek Chmura dojechawszy do Niezdowa natknął się na Niemców, którzy, jak sama pisze „zastrzelili go jak psa zakopując w przydrożnym rowie”...

 

Wojenne wspomnienia

Fragment wojennych wspomnień Anny Jątczak [1929-2010] urodzonej w Bielkach koło Topólki [dzisiaj w powiecie radziejowski w woj. województwie kujawsko-pomorskim]. Wieś została wysiedlona w 1940 r. a mieszkańcy trafili m.in. do Dobrej i do Sławniowa.

[…] Cały pociąg skierowali do powiatowego miasta Miechów, jechali bardzo powoli, chyba tylko po to, żeby nas rozładować w nocy- bo zbliżała się północ. Pociąg stanął i zaczął się rozładunek, lecz nie dla wszystkich. Tylko cześć ludzi wypuścili, nie wiem dokładnie ile, wiem, że pojechali dalej gdzieś dalej, i tego tajemniczego Pana już więcej nie spotkaliśmy, po prostu jakby zniknął… A tam w Miechowie czekał na nas czerwony krzyż, dawali nam ciepłą herbatę choć nie słodką, ale każdy był bardzo spragniony. Przecież byliśmy zamknięci i zaryglowani w wagonach całe 24 godziny! Brakowało nawet powietrza, bo te otwory w wagonie były bardzo małe. Tam też w polskim czerwonym krzyżu nasi ludzie dowiadywali się o nasze bagaże i Oni w tej sprawie interweniowali do władz niemieckich. Po kilku dniach, gdy już byliśmy w gminie Pilica, otrzymaliśmy odpowiedz, „ że podobały im się wasze majątki i wzięli, tak samo wasze bagaże też wzięli, nie ma czego szukać”. Mimo woli nasuwa się pytanie. Jak można tak skrzywdzić ludzi? Okraść z dorobku całego życia, w jednym momencie zrobić nas żebrakami. To przecież wołało o pomstę do nieba! Ale tej pomsty czy też pomocy nie było znikąd widać… Tam w Miechowie czekali na nas gospodarze z furmankami i zabrali nas na poszczególne gminy. My i cztery znajome rodziny, jak już wcześniej wspomniałam zajechaliśmy do gminy Pilica. Było już późne rano, kiedy właśnie tam czekał na nas wójt i rozdzielał ludzi na poszczególne wioski. Naszych znajomych przeznaczył na dużą wioskę Sławnów. Była to sześcioosobowa rodzina, był w niej mężczyzna po sześćdziesiątce, którego do Niemiec nie wzięli, to też jakąś pracę dorywczą dostał tutaj. A my, czyli dwie wdowy i dwójka dzieci dostaliśmy się na mała wioskę Dobora, jako czteroosobowa rodzina. Było tam bardzo biednie, drobne rolnictwo, górzyste tereny. Najgorsze było jednak to, że tamtejsi ludzie krzywo na nas patrzyli. Mówili między sobą, że jesteśmy wygnańcami, że musieliśmy coś Niemcom przeskrobać i nas wygnali! Nie wierzyli, że można kogoś tak skrzywdzić i okraść bez powodu! Chociaż nam wójt mówił, że dostaniemy trochę żywności od tutejszych gospodarzy, że mają nam dać mleko, co dzień ktoś inny, i że po żniwach mają zebrać zboże po parę kilo dla nas, ale kto ich mógł do tego zmusić? Tylko sołtys i jego zastępca zebrali 25 kg żyta. Po mleko to ja sama musiałam chodzić i prosić. Kto tego nie doświadczył ten nie rozumie, jakie to jest przykre i gorzkie? Jak smakuje mleko zakrapiane łzami? Gdy chodziłam od jednego domu do drugiego i mnie z zniczem odprawiano, wtedy szłam i płakałam do tego dobrego człowieka, pod-sołtys, który miał serce i współczuł nam. Tam zawsze mi dali coś do jedzenia, chociaż kawałek chleba. Były tam 3 córki, najmłodsza w moim wieku, ich mama była niemową, bardzo dobra kobieta, jej mąż to właśnie pod-sołtys, publicznie nas bronił przed całą wioską, kiedy na zebraniu krzyczeli,” te kobiety powinny pracować!”To on im mówił: „A czy daliście tym panią pracę?, czy one nie chcą pracować?, one chcą i umieją, tylko im tę prace dajcie!” Wtedy zamilkli wszyscy. Od tej pory przestali na nas psioczyć, wkrótce się też przekonali żeśmy niczemu nie zawiniły, ponieważ we wrześniu 40 roku przywieźli drugą grupę wysiedlonych i z tego powodu zrobił się jeszcze większy głód i bezrobocie. […] Ale niestety z tego głodu zapanowała choroba zakaźna- tyfus. Ludzie zaczęli masowo chorować i umierać, najwięcej Żydzi. Tę szkołę w Sławnowie zamieniono na szpital, nasz znajomy wysiedlony dostał tam pracę, a mój brat dostał środki dezynfekujące i musiał kropić wszystko. Tych co przywozili chorych, tych co zabierali nieboszczyków i co przywozili jedzenie…Wtedy to Niemcy nie chcieli brać transportu aż zaraza ustanie. Ale zaraza nie tylko nie ustawała, lecz stanowiła coraz większe zagrożenie. Dlatego też już po nowym roku czyli w 1941, któregoś kwietnia, mama rozmawiała w urzędzie gminy z wójtem, który radził wyjechać w swoje strony, bo tutaj robiło się coraz gorzej… Wójt dał nam nawet takie pismo- wymeldowanie, chociaż było ono bez znaczenia, bo napisane po polsku, ale zawsze to jakiś papier był. Mama przygotowała wszystko do drogi. Mieliśmy trochę pieniędzy, bo bracia przysłali nam swoje zarobione marki. Dostaliśmy po 2 złote za jedną markę, na czarnym rynku byśmy dostali dwa razy tyle, ale co było robić. Czas naglił do ucieczki. Musieliśmy się wynieść po cichu, bo była kwarantanna. Gdy mama powiedziała na wiosce tym ludziom, co u nich mieszkaliśmy, że wracamy w swoje strony, to się bardzo ucieszyli, że nie będziemy im już ciężarem i nawet zaproponowali nam furmankę. Powiedzieli, że odwiozą nas na połowę drogi do Częstochowy. Wyruszyliśmy bardzo rano, tak około drugiej godziny dojechaliśmy do miejscowości Żarki. Akurat tam rozdawali zupę dla bezdomnych i głodujących, więc my również skorzystaliśmy z tego posiłku, za co Bogu niech będą dzięki, bo nas dalej czekała wędrówka piesza.[...]