2016 - Znowu nad Biebrzą

Nie tylko Pilica » Wakacyjna opowieść » 2016 - Znowu nad Biebrzą

Minął rok oczekiwania, odliczania najpierw miesięcy, potem tygodni i wreszcie niesamowicie wlokących się ostatnich dni przed wyjazdem. Kiedy późnym wieczorem dotarliśmy do „Leśnej Polany” w Olszowej Drodze i nad głowami zadźwięczały żurawie lecące na nocleg na łąkach po drugiej stronie Biebrzy, wiedzieliśmy, że dotarliśmy do naszego wakacyjnego Edenu. Nie ma wprawdzie dudków, które w ubiegłym roku towarzyszyły nam przy śniadaniu ale jest para dzieciołów pracowicie ostukujących okoliczne sosny a kolacje umilały krążące nad glowami nietoperze. Pobyt zaczynamy od „remanentów” czyli od tego co pozostawiło niedosyt po poprzednim pobycie.

Dzień pierwszy

Na pierwszy ogień idzie długi spacer po Goniądzu a po nim spokojny marsz wokół Fortu IV rok temu zaliczonego w ekspresowym tempie. Goniądz to miasteczko przypominające Pilicę bo:

  • pierwsza wzmianka o nim pochodzi z drugiej połowy XIV wieku.

  • zachował się tu pierwotny układ urbanistyczny z dużym rynkiem.

  • w swej pogranicznej historii leżał w zaborach pruskim i rosyjskim.

  • był siedzibą powiatu.

  • w miasteczku leżącym na szlaku handlowym, drogowym i rzecznym, liczna była społeczność żydowska po której pozostał jedynie kirkut.

  • Goniądz przeżył kilka dużych pożarów, które zniszczyły drewnianą zabudowę.

W centrum miasteczka stał niegdyś drewniany ratusz po którym nie ma dzisiaj śladu. W ratuszach wygrywamy więc 1:0. Za to w studniach na rynku przegrywamy 1:4 :)

Malownicza goniądzka uliczka

Biebrza

Z tutejszego portu rzecznego spławiano niegdyś produkty leśne i rolne z Podlasia do Gdańska. 

 Neobarokowy kościół pw.Św.Anny został zbudowany w latach 1922-24 a zaprojektował go nie byle kto bo Oskar Sosnowski, profesor Politechniki Lwowskiej, a później Warszawskiej, który zaprojektował kilkanaście innych kościołów w tym św. Rocha w Białymstoku. Prof.Sosnowski wykonał również projekty wielu willi i gmachów użyteczności publicznej. W swoich projektach wykorzystywał cechy neoromańskie i neogotyckie ujęte w nowoczesne formy żelbetonowe. Zmarł we wrześniu 1939 w Warszawie na zakażenie krwi po zmiażdżeniu nogi podczas ratowania zbiorów zbombardowanego gmachu Zakładu Architektury Polskiej i Historii Sztuki Politechniki Warszawskiej.

 Kapliczka św. Floriana z 1864r. wystawiona na miejscu cmentarza szpitalnego Świętego Ducha.

W głębi neogotycka kaplica cmentarna z 1907r. 

XIX-wieczna strategicznego Rosji zakładała utrzymanie w przyszłej wojnie terenów między rzekami Niemen – Biebrza – Narew – Bug – Wisła i prowadzenie uderzeń w stronę Berlina, Wiednia i Budapesztu. Twierdza Osowiec miała stanowić główny węzeł oporu na linii uderzenia armii niemieckiej z Prus Wschodnich i bronić linii kolejowej Białystok – Królewiec. Prace projektowe i geodezyjne były prowadzone od 1873. Przymusowo wykupiono ziemię od chłopów. Twierdza zbudowana została w latach 1882–1887. W jej skład wchodziły początkowo trzy forty. Z chwilą przystąpienia do fortyfikowania Osowca nastąpiło ożywienie gospodarcze regionu. Wykonano olbrzymi zakres robót ziemnych. Wykopano fosy i kanały oraz usypano wały. Zdecydowana większość prac została wykonana ręcznie. Mury w budowlach wznoszono z cegły więc w okolicy powstały cegielnie. Wzrósł transport kolejowy. Rozwinął się handel. W 1891 r. w ramach modernizowania twierdzy powstał fort nr IV, który miałpanowac nad Carską Droga. Był to jedyny fort w Imperium Rosyjskim, którego obiekty w całości wylewano jako betonowe monolity. Twierdza została ponownie zmodernizowana została po wojnie rosyjsko-japońskiej 1904–1905. Większość budowli ceglanych przykryto wówczas betonem. Powstała Grupa Fortu Nowego obejmująca Fort IV, baterię okrągłą, umocnienia na wzgórzu 126 i wał zewnętrzny. Podczas I wojny Fort IV nie był bezpośrednio atakowany. Trwał jedynie ostrzał niemieckiej artylerii. Twierdza została ewakuowana na rozkaz dowództwa rosyjskiego 23 sierpnia 1915 roku. Rosjanie zdołali zniszczyć część budowli. Dalszych zniszczeń dokonała w latach 1922-25 firma prowadząca prace rozbiórkowe. We wrześniu 1939 r. pozycje wokół fortu zajął II batalion 135pp rez. mobilizowanego przez stacjonującą w Osowcu Centralną Szkołę Podoficerów Korpusu Ochrony Pogranicza.

 Ruiny Fory IV

Nacieki niczym w jaskiniach

 Fosa

Ślady okopów

Nad Biebrzą 

 Nasi sąsiedzi-koniki polskie

Dzień drugi

Po ubiegłorocznej wizycie w meczecie i na mizarze w Kruszynianach Bohoniki były jednym z niepodważalnych celów tegorocznego wyjazdu. Co z głowy to z myśli więc ruszamy w ich kierunku ale drogę obieramy okrężną. Na początek: spacer na Długą Lukę. Wizyta na tym półkilometrowym „deptaku” prowadzącym do serca Bagna Ławki stanie się stałym punktem naszego programu jeżeli tylko droga do celu lub powrotna będą wiodły Carską Drogą.

Bagno Ławki

Długa Luka

Widok na ciągnące się po horyzont „zielone morze” to najlepsze spośób na odpoczynek ale w głębi duszy liczymy na powtórzenie ubiegłorocznego spotkania z łosiem. Gdzieś między Trzciannem a Krypnem podziwiamy żurawie „pasące się” przy drodze.

Docieramy do Krypna, którego opis brzmi niemal tak samo jak opis naszego franciszkańskiego sanktuarium Matki Bożej Śnieżnej: w kolegiacie pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny z II połowy XIX wieku znajduje się słynący łaskami namalowany na lipowej desce wizerunek Matki Boskiej Pocieszenia, którego kult religijny sięga XVI wieku. Jest to jedna z najwcześniejszych kopii obrazu Matki Bożej Śnieżnej z Bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie, sprowadzona prawdopodobnie przez hetmana Jana Zamoyskiego do swojej kaplicy w pobliskim Knyszynie. W roku 1985 odbyła się uroczysta koronacja obrazu diademami papieskimi, co przyczyniło się do dalszej popularyzacji sanktuarium, będącego tradycyjnym miejscem pielgrzymek mężczyzn, rodzin i młodzieży z terenu całej archidiecezji.

Sanktuarium w Krypnie

Kościół jest niestety zamknięty więc jedynie przez kraty podziwiamy jego wnętrze. Znany z ubiegłorocznej dłuższej wizyty Knyszyn również stał się stałym punktem naszego programy i tak planujemy powroty aby posilić się na tutejszym rynku... smaczną zapiekanką lub kebabem. Nie są to niewątpliwie potrawy lokalne ale ich smak zwalcza wszelkie wyrzuty sumienia z tego tytułu :)

Jezioro Zygmunta Augusta koło Knyszyna

W Jasionówce stajemy na krótki postój aby w aptece uzupełnić zapasy „broni chemicznej”. Komary zbytnio nie dokuczają ale nie zaszkodzi być przezornym. Przy okazji odwiedzamy kościoł p.w. Św. Trójcy. Zabytków jest więcej ale gdybyśmy w każdej miejscowości chcieli od razu obejrzeć wszystkie atrakcje droga do Bohonik trwała by ze dwa tygodnie!

Szacunek  za poszanowanie CAŁEJ historii

Kalinówka Kościelna to niewielka wieś, która może pochwalić się XVIII-wiecznym drewnianym kościółem parafialnym pw. Św. Anny do którego prowadz XIX-wieczna brama cmentarna.Obok stoi modrzewiowy, kryty gontem lamus postawiony pod koniec XVIII wieku, po pożarze wsi.

Lamus

Brama cmentarna

W Jasionówce stajemy na krótki postój aby w aptece uzupełnić zapasy „broni chemicznej”. Komary zbytnio nie dokuczają ale nie zaszkodzi być przezornym. Przy okazji odwiedzamy kościoł p.w. Św. Trójcy. Zabytków jest więcej ale gdybyśmy w każdej miejscowości chcieli od razu obejrzeć wszystkie atrakcje droga do Bohonik trwała by ze dwa tygodnie! Wjeżdżamy na rynek w Korycinie gdzie w oczy rzuca się przede wszystkim Księżniczka Truskawka, o której legenda została wykuta na płycie rynku. Nic dziwnego bo symbolem Korycina i dumą całego regionu są truskawki a coroczne Dni Truskawki przyciągając setki turystów. Korycin znany jest również z serów ale te mieliśmy okazję spróbować dopiero kilkanascie dni później podczas lubelskiego Jarmarku Jagiellońskiego. W czasie Potopu nad rzeką Kumiałką rozegrała się bitwa pomiędzy wojskami szwedzkimi a polsko-litewskimi. Według legendy wśród rannych leczonych w folwarku Kumiała znajdowała się grupa Szwajcarów, którzy przekazali mieszkańcom tajniki produkcji żółtego sera z krowiego mleka. Do dziś takie sery tradycyjna metodą wyrabiają niektóre gospodynie z okolic Korycina.

Jej Wysokośc Księżniczka Truskawka...

...i jej dzieje.

Korycińska "Kolumna Zygmunta"

Spacerujemy po miasteczku. W pobliżu widać piękny zalew i wiatrak, na wzgórzu kościół pw. Znalezienia i Podwyższenia Krzyża Św. a obok niego pięknie zagospodarowany park plebański z cudownym źródełkiem.

Źródełko w parku plebańskim.

Według legendy, przy źródłach w znajdujących się tu niegdyś  świętych gajach odnaleziono obraz Matki Bożej Korycińskiej.

Z bólem serca przejeżdżamy bez zatrzymania przez Sokółkę. Lista wartych obejrzenia zabytków jest zbyt długa więc miasteczko będzie kiedys celem dłuższej wizyty. Dojeżdżamy do Bohonik. W 1679 pod Sokółką, w Drahlach, Malawiczach, Kamionce i Bohonikach, osiedliło się 30 rodzin tatarskich, podkomendnych rotmistrzów: Kieńskiego, Olejewskiego i Sieleckiego, ktrzy otrzymali zimię od Jana III Sobieskiego jako rekompensatę za zaległy żołd. Żołnierze tatarscy otrzymali gospodarstwa a oficerowie małe folwarki i jako szlachta, prawo zawierania małżeństw ze szlachciankami. Dzisiaj w liczących 30 domów Bohonikach mieszkają cztery rodziny muzułmańskie. Tutejszy meczet zbudowany został pod koniec XIX wieku, po pożarze starszej, być może XVII-wiecznej budowli, stojącej niegdyś we wschodniej części wsi. Ze wspólnego przedsionka, , w którym zostawia się obuwie prowadzą drzwi do osobnych części: męskiej i żeńskiej, które oddziela drewniana ścianka z poziomą szczeliną, zasłoniętą przejrzystą firanką pozwalającą obserwować przebieg nabożeństwa w części kobiecej. Najważniejszą częścią sali męskiej jest mihrab – wnęka w ścianie wskazująca kierunek Mekki oraz minbar – kazalnica, używana w czasie południowej piątkowej modlitwy. W meczecie nie ma żadnych wizerunków. Na ścianach wiszą jedynie arabskie cytaty z Koranu – muhiry.Bohonicki meczet nie posiada minaretu, smukłej wieżyczki z której muezin wzywa wiernych na modlitwę, zwracając się kolejno na wszystkie strony świata.

Meczet w Bohonikach

Mihrab i minbar

Pierwotny cmentarz tatarski został odkryty dopiero w latach osiemdziesiątych XX wieku przy próbie wydobywania żwiru. Nie ma po nim materialnych śladów w postaci widocznych grobów. Drugi cmentarz, leżący na wzgórzu przy drodze do Malawicz, jest jedną z dwóch głównych nekropolii Tatarów polskich po 1945. Założony został prawdopodobnie w XVIII wieku. Określenie cmentarza „mizar” osiedleni tutaj żołnierze chorągwi lipkowskich, przynieśli z Turcji. Poza Podlasiem Tatarzy, aby określają cmentarz arabskim terminem „zireć”. Na polskich mizarach pierwsze napisy na nagrobkach pojawiły się około połowy XVII wieku, prawdopodobnie pod wpływem postępującej asymilacji. Najstarszy zachowany nagrobek na bohonickim cmentarzu, o czytelnej inskrypcji, pochodzi z 1786 roku. Zachowało się około trzydziestu nagrobków z II połowy XIX wieku. Stare groby groby charakteryzują się dwoma kamieniami nagrobnymi: jednym u stóp zmarłego i drugim nad jego głową. Groby są zwrócone prawą stroną w kierunku Mekki, gdyż wierzy się, że dusza opuszcza ciało z prawej strony. Większość nagrobków pochodzi z okresu powojennego i naśladuje współczesne mogiły chrześcijańskie. Wyróżnia je półksiężyc z gwiazdą oraz werset z Koranu wyryty alfabetem arabskim. Muzułmańskie są zazwyczaj wyryte imiona zmarłych towarzyszące polsko brzmiącym nazwiskom. Cmentarz w Bohonikach nadal służy polskim muzułmanom za miejsce pochówku.

Tradycyjny pochówek tatarski z dwoma kamieniami nagrobnymi: u stóp zmarłego i nad jego głową

Jest późne, ciepłe i parne popołudnie więc wracamy przez Kopną Górę z zamiarem odbycia relaksującego spaceru w cieniu drzew tamtejszego arboretum, 26-hetarowego kompleksu leśnego z 500 gatunkami drzew, krzewów i roślin, ogródkami skalnymi i różanymi, alpinariami i rosariami. Na ten sam pomysł wpadły liczne rodziny... komarów więc po skróconej do minimum wersji spaceru, życząc dużo zdrowia i łask wszelakich pani magister z apteki w Jasionówce, wracamy do naszej „Leśnej Polany”.

Arboretum na Kopnej Górze

 

Dzień trzeci

Tym razem decydujemy się na długi spacer na łonie przyrody na trasie Barwik – Gugny. To jeden z najdłuższych szlaków turystycznych w południowej części Biebrzańskiego Parku Narodowego a my wydłuzylismy go dodatkowo zaczynając spacer w złym miejscu i nadkładając niepotrzebie (?) drogi. Ścieżka prowadzi przez bór sosnowy, turzycowiska i groblą wśród mokradeł do platformy widokowej, z której rozciąga się widok na bagna. Dalej trasa biegnie przez bagna w stronę wsi Gugny. Po drodze stoja dwie wieże widokowe. Wśród wysokiej roślinności można przeoczyć paliki z oznaczeniami szlaku i stracić orientację. Podobno kiedyś kilku turystów zgubiło się na trasie i musieli nocować na bagnach, a do poszukiwań trzeba było zaangażować helikopter... Ciekawe ile pamietam z odległych o kilkadziesiąt lat harcerskich czasów? Może nie będzie aż tak źle? Nie było ale nawet bez pogubienia się na mokradłach kilkugodzinny spacer w towarzystwie mniej lub bardziej znanych odgłosów, bez widocznych oznak istnienia ludzkości lub innej cywilizacji był niezapomnianym przeżyciem. 

Ols przy Carskiej Drodze

Wiktor Wołkow (1942 -2012 ) i Ryszard Czerwiński (1937-2010) – fotograficy specjalizujący się w pejzażu oraz przyrodzie.

Łatwo przegapić tyczkę...

...tą też.

 

Dzień czwarty

Po wczorajszych kilkunastu kilometrach nie odczuwamy potrzeby kolejnych przyrodniczych wrażeń. Jedziemy w cywilizowane rejony. Na początek kościół w Giełczynie.

 

Pierwszy kościół w Giełczynie powstał pod koniec XVIIIw. Sto lat później kościół został gruntownie odnowiony. Zbudowano wówczas sygnaturkę i nowy ołtarz główny a nieco później do korpusu kościoła dostawiono dwie boczne zakrystie i przebudowano sygnaturkę. Kościół uległ poważnym zniszczeniom w w 1915 r. Rosjanie zrabowali wówczas z kościoła dzwony. Świątynia została odbudowana w okresie międzywojennym. Podczas II wojny została częściowo rozebrana a materiał uzyto do budowy umocnień. Zniszczono wówczas plebanię, organistówkę i budynki gospodarcze. W latach 1972-1975 został przeprowadzony gruntowny remont świątyni. Kościół oszalowano z zewnątrz i wewnątrz, pomalowano oraz ułożono drewnianą podłogę.

Potem Wizna, której obrona we wrześniu 1939r. zyskała miano Polskich Termopili. Słusznie czy nie to zadanie do rozwiązania przez speców od wojennej historii [Artykuł na ten temat >>>]

 

Forty w Piątnicy były wysoko na liście wakacyjnego „chciejstwa”. Ktoś kiedyś madrze powiedział, że im wyżej zajdziesz tym niżej spadniesz. Internetowe zapowiedzi brzmiały interesująco: Zwiedzając obiekt, zapoznamy się zarówno częścią naziemną fortu, jak i poternami przejdziemy do wysuniętych obiektów bojowych, broniących fosy. Zwiedzimy również niewielką ekspozycję Muzeum Fortecznego w jednym ze schronów pogotowia. Poza trasą wycieczkową amatorom historii oferujemy strzelania z broni historycznej - Mauser 98 K, Mosin wz1891/30, PPSz41, TT i inne.... Zastaliśmy obiekt zamknięty na głucho i zero jakichkolwiek informacji. Teren nie jest zamknięty i można się po nim swobodnie poruszać. To tez internet. Poruszyliśmy się wśród zielska i wszechobecnych śmieci i mocno zawiedzeni opuściliśmy Piątnicę.

 

Wracamy przez Stawiski, których nie było w planie a zatrzymała nas nieprzeparta ochota na kawę.

Jest tak...

...a będzie ładniej.

W drodze powrotnej odwiedzamy dobrze znane z ubiegłego roku okolice Osowca.

Fort Zarzeczny

 

Dzień piąty

Przyszedł czas na wizytę w Białymstoku. Zbyt wiele jest tam zabytków aby ogarnąć je, choćby z grubsza, podczas pierwszego kilkugodzinnego spaceru więc wyjazd traktujemy jako rekonesans. Tak samo było kiedyś z Lublinem a od lat jest to staly punkt wakacyjnego programu. Ustalona przed wyjazdem lista obiektów wartych obejrzenia liczy kilkadziesiąt pozycji a dotyczy centrum a przecież są również dzielnice. W uszach brzmią mi słowa piosenki: Albo będzie dobrze albo będzie źle... Uprzedzę fakty i od razu powiem, że było dobrze :) Na pierwszy ogień poszedł pałac Branickich.

Kiedy przeczytałem, że mieści się w nim Uniwersytet Medyczny zrzedła mi mina bo wyobraziłem sobie szlaban przy wjeździe i groźnego straznika. Szlaban rzeczywiście był ale nie dotyczył pieszych turystów a zamiast groźnego straznika był sympatyczny człowiek, który w punkcie informacyjnym obdarzył nas kilkoma ciekawymi przewodnikami bardzo ułatwiającymi debiutantom poruszanie się po mieście.

Zaczęliśmy od Muzeum Historii Medycyny i Farmacji gdzie można poczuć zapach i atmosferę starych aptek i obejrzeć urządzenia, nad których przeznaczeniem laicy z epoki medycyny elektronicznej długo się zastanawiają. Zwiedzanie wnętrza pałacu, było „w pakiecie” oczywiście w takim zakresie, jaki umożliwiało funkcjonowanie uczelni.

Na sam widok takich "narzędzia tortur" ciarki lecą po plecach

Wnętrze pałacu zmieniło się od czasów Branickich co nie przeszkodziło mi wyobrazić sobie tańczącej w Aula Major naszej Emerencjanny Warszyckiej uwodzącej Augusta II. Że bzdura? Była przecież metresą króla, który u Branickich bywał.

Z tego balkonu przygrywała orkiestra kiedy na dole tętniło życie towarzyskie Branickich

Naliczyłem osiem muzeów... Zaliczyliśmy jedno. Reszta zostaje na potem.

Zaglądamy do Bazylika archikatedralna Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i do przyklejonego do niej starego kościoła farnego. Właściwie było na odwrót. To olbrzymia bazylika „przykleiła się” do fary kiedy władze carskie nie zezwoliły na budowę nowego kościoła zgadzając się jedynie na rozbudowę istniejącej światyni. Dzisiejsi inwestorzy, który w ramach „rozbudowy i modernizacji” potrafią z wiejskiej chałupy zrobić Mariotta, Ameryki nie odkryli :)

Bazylika archikatedralna Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

Stary kościół farny

Zerkamy na Klasztor Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego, pałacyk gościnny Branickich i dawny cekhauz.

Klasztor Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego

Nie ma czasu na przyglądanie się detalom. Jednego jesteśmy pewni. Bialystok już teraz nam się podoba. Nie jest to, miejmy nadzieje, ostatnia nasza wizyta i zdążymy kiedyś przyjrzeć się szczegółom i poznac pełna historie budowli. Tak było z Lublinem, którty,jesli dobrze liczę, odwiedziliśmy już osiem razy. Najpierw było zachłyśniecie się całością, niczym dzieci w sklepie z zabawkami a potem przyszedł czas na delektowanie się. Idziemy na rynek.

Ratusz

Zupełnie jak na Grodzkiej w Lublinie :)

Poczytałem nieco o powstaniu reprezentacyjnego placu Białegostoku. Jak wiele podobnych obiektów, w tym nasz pilicki rynek, rodził się „w bólach” wśród ostrych, nie zawsze merytorycznych dyskusji, w których nie brakowało argumentów, że powstaje betonowa pustynia. Tymczasem bialostocki rynek tętni kolorowym życiem i to w powszedni dzień. Pod prasolami kwitnie życie towarzyskie a małym czarnym towarzyszą lokalne plotki. Z zaciekawieniem przyglądałem się jak „stalinowskie” bloki z jednej strony placu, dzięki kolorystyce i detalom elewacji dopasowały się do kamieniczek poprzeciwnej stronie. Dalsza trasa spaceru biegnie przez białostocką starówkę w kierunku kościół św. Rocha. Mijamy sobór św. Mikołaja Cudotwórcy i Pałac Nowika.

sobór św. Mikołaja Cudotwórcy

W głębi kościół św.Rocha

Pałac Nowika

Docieramy do kościoła św.Rocha. To jednak nie on jest celem dzisiejszej wycieczki. Na przeciwko, na rogu Krakowskiej i św. Rocha stoi piękna kamienica nazywana Moesowską. Powstała przed 1897 rokiem i przetrwała wojenne zawieruchy. Początkowo znajdowały się tu pomieszczenia administracyjne choroskiej fabryki Carla Augusta Moesa, wnuka „naszego” C.A.Moesa. Po sąsiedzku, z drugiej strony ulicy Krakowskiej, mieściły się biura zarządu oraz składy sukna choroskiej fabryki Moesa. W 1915r. kamienicę przejęli Nowikowie. Mieściły się w niej drukarnia i warsztat mechaniczny Po zakończeniu II wojny światowej umieszczono tu szpital kolejowy, a następnie szpital dermatologiczny, który działał do 2003 roku. W 2009 budynek przejęło miasto. W latach 2011-2012 budynek wyremontowano z przeznaczeniem na siedziby organizacji pozarządowych.

Kamienica Moesów

Jest ciepły wieczór. Nie chce nam się jeszcze wracać do”Leśnej Polany” więc powoli wracamy tą samą trasą przez miasto zauważając coraz to nowe detale.

 

Na koniec zapędzamy się w uliczki Bojar szukając opisanych w przewodniku śladów dawnego Białegostoku.

Kościół św.Wojciecha Biskupa i Męczennika

Pozostałości fabryki tytoniowej Janowskiego

pałacyk Cytronów

Budynek dawnego Żydowskiego Gimnazjum Żeńskiego zajmowany teraz przez NFZ

W tym miejscu też stały zabudowania fabryki Janowskiego

Czas przez naczony na zwiad minął błyskawicznie a my ledwo liznęliśmy białostockie atrakcje. Z pobieżnego zwiadu elektronicznego wynika, że w mieście jest  ponad pół setki obiektów wartych obejrzenia. Na pewno tu wrócimy.

W drodze powrotnej zatrzymujemy się przy Cerkwii Św.Ducha. To imponujaca budowla, która powstawała w latach 1982-1999. Prace wykończeniowe trwały do roku 2012. Cerkiew ma pięć kopuł, które odwołują się do postaci Chrystusa i czterech ewangelistów. Ścianom i kopułom nadano kształt języków ognia. Ikonostas powstawał przez dziesięć lat. Samo suszenie i sezonowanie dębowego drewna trwało 5 lat. Dekoracja malarska na ścianach cerkwi ma powierzchnie 6500 m2. 70-metrowa dzwonnica pełni równocześnie funkcję bramy prowadzącej na teren cerkiewny. Największy z dzwonów waży 800 kg. Długo można by jeszcze pisać na temat tej budowli. Najlepiej jest ją zobaczyć na własne oczy.

 

Dzień szósty

I znowu zmiana. Po miejskich atrakcjach czas na łono przyrody. Jedziemy do serca Biebrzańskiego Parku Narodowego- na Grzędy. W Grajewie zaciekawia nas widok pojazdów wojskowych stojących w parku. Oczywiście zatrzymujemy się. Trochę to „żelastwo” jest zaniedbane. Trochę „pomaziane” ale i tak warto zerknąć.

Rezerwat Grzędy utworzono w roku 1921 a pięć lat później powstał rezerwat obejmujący pobliskie Czerwone Bagno. To ponad 30 km szlaków pieszych, nie licząc rowerowych i łącznikowych. Są tu torfowiska przecięte długimi pasmami piaszczystych wydm, bory, lasy i grądy. To ostoja łosi, wilków i rysi. Na Grzędach znajduje się Ośrodek Rehabilitacji Zwierząt i Ośrodek Hodowli Zachowawczej Konika Polskiego. Na spotkanie wilka czy rysia nie liczymy. Łoś? Kto wie? Wiemy już, że setki łosi włóczących się po biebrzańskich drogach w poszukiwaniu turystów, którym mogły by pozować do zdjęć to „Biebrza legend” :) Nas przyciągnęła na Grzędy rzadko już dzisiaj spotykana na szlakach turystycznych cisza. Wybaczyliśmy nawet konikom polskim, które nie raczyły pojawić się przy platformie aby zrekompensować nam wielokilometrowy marsz w parnym dniu, przez las i zielsko, wzdłuż niekończącego się ogrodzenia ośrodka. Bez łaski ;) Koniki mamy na co dzień na „Leśniej Polanie”.

Pozostałość z czasów świetności puszczy

Coś dla miłośników horrorów ;)

W połowie XIX w. władze carskie osadziły na wydmach w okolicach Czerwonego Bagna, między innymi na Solistowskiej Górze, Polaków skazanych na zesłanie. Tak powstała rozległa wieś Grzędy. Przed wojną Grzędy liczyły 40 gospodarstw i około 200 mieszkańców. W 1943 r. wieś została spacyfikowana. 22 dorosłych mieszkańców wsi i 14 dzieci zostało wymordowanych przez Niemców a domostwa zostały spalone. Około 200 osób wywieziono na roboty przymusowe do Rzeszy.

Wieża na Dziale Kumkowskiego

Jedna z pięknych piaszczystych wydm

Wszechświat składa się wyłącznie z niezmierzonych ilości wodoru, równie nieskończonej próżni i niekończącego się ogrodzenia Ośrodka Hodowli Zachowawczej Konika Polskiego :)

Koników ani widu....

Na finał- niespodziewane spotkanie

Dzień 8

Leżący jakieś 50 km od naszej bazy Narwiański Park Narodowy nie był priorytetowym celem dopóki nie przeczytałem o kładkowo-promowej trasie z Waniewa do Śliwna. Drugą atrakcja parku są wycieczki łódkami pychówkami wodną „obwodnicą narwiańską”, biegnącą wokół Parku. Brzmiało to na tyle ciekawie, że w duszny poranek zaryzykowaliśmy wyjazd. Skończyło się deszczem przeplatanym mżawkami ale kto nie ryzykuje... Łódkę trzeba było odpuścić ale i tak warto było pospacerować. Siedzibą dyrekcji parku jest pochodzący z XIX w. pałac w Kurowie, w którym można obejrzeć wystawę przyrodniczą. Jest też piękny park i śladowe ilości turystów, w porównaniu do najbardziej popularnych parków narodowych.

Widok po drodze do Kurowa

Pałacyk w Kurowie

PPP-Podlaski Przedmiot Pożądania

Trudne zadanie :)

Kładka w Waniewie...

...i jej atrakcja

Ja byłem nawigatorem. Pilnowałem żebyśmy nie zboczyli z kursu a załoga tyrała :)

Wieczorem wyskoczyliśmy na chwilę do Hiszpanii ;)

 

Dzień dziewiąty

Znowu na celowniku Białystok. Tym razem gwoździem programu ma być „Muzeum na Węglowej” czyli kolekcja motoryzacjnych oldtimerów zgromadzona przez członków Stowarzyszenia Miłośników Starej Motoryzacji i Techniki „Moto Retro”. Czy warto było? Zdjęcia mówią same za siebie. Były pojazdy, które pamiętam z młodości. Były też prawdziwe perełki, unikaty na skalę co najmniej europejską.

 

SAM (inż Okarmus) z 1965r. podwozie- DKW, silnik- Saab

VW Sam ( inż. Bogumił Szuba) z 1982r.

Radziecki ZIM z 1953r.

Jaguar 420

 Packard 120

Austin Van den Plas Princess

Ile tego jest! Aż głowa boli!

Z lewej UralZIS 11 PMZ 7. Z prawej Syrena 104 Laminat

Citroen DS

Essex

A ile wspomnień przywołał kącik ze starą elektroniką? Same przedmioty westchnień i marzeń: ZXSpectrum, Commodore 64, Amiga.... Kto z młodych uwierzy, że pierwszy komputer w firmie, prawdziwy IBM (wtedy do takiego określenia należało dopisać duużo wykrzykników) miał procesor 33 Mhz, 8 Mb RAM-u i twardy dysk nieco ponad trzysta Mb? Do tego monitor 15” i drukarka igłowa. Zestaw kosztował tyle ile wynosiły półroczne zarobi prezesa.

"Niemen" z silnikiem Sachs. na pierwszy rzut oka "brat" naszego "Fabjańskiego". Jest podobieństwo w pomyśle ale widać wyraźne różnice w technicznych rozwiązanich.

 

Drugim punktem programu było Białostockie Muzeum Wsi. Zwiedziliśmy wiele skansenów. Ładny, malowniczy ale bez sensacji …

 

 

...do momentu kiedy w odległym zakamarku natrafiliśmy na „manufakturę”. Taki cud techniki widzieliśmy na żywo po raz pierwszy :) Za pomysł należy się Turystyczny Nobel!

Dzień dziesiąty

Żegnamy ziemię białostocką i jedziemy na południe. Trochę dookoła bo w tym roku nie odpuścimy wizyty w miejcu tak ważnym dla miejscowej ludności jak Grabarka. W 1710 roku na terenie Podlasia wybuchła epidemia. Pewnemu starcowi z Siemiatycz przyśniło się wówczas, że ma zebrać ludzi i udać się z nimi do uroczyska Trościaniec w pobliżu Siemiatycz, by przeczekać zarazę. Podobno zebrało się tam 10 tysięcy ludzi. U podnóża Góry znajduje się cudowne źródełko. To właśnie Ci, którzy tu umyli się i napili się wody z niego, zostali ocaleni. Pomór nie dotarł do uroczyska . Na pamiątkę tego wydarzenia na wzniesieniu, w pobliżu źródła, wybudowano kaplicę a później cerkiew. W dwusetną rocznicę, cudu zbudowano nad źródełkiem okrągłe zadaszeniea w 2001r. Nad studnią stanęła kapliczka. Pielgrzymi wchodząc na grabarkę niosą drewniane krzyże z wypisanymi intencjami, proszącymi o zdrowie, pomyślność czy uwolnienie od uzależnienia. Trzymając je w rękach trzykrotnie na klęczkach obchodzą cerkiew dookoła. Ludzie przychodzą tu i obmywają chore miejsca, piją wodę ze studni i zabierają ją do domów dla tych, którzy nie mogli przybyć.

 

Na finał:

 

Wysoki sądzie jestem niewinny!!!

 

Ciąg dalszy czyli "Znowu na Polesiu" >>>